Dwie pierwsze zbrodnie nie pozwoliły na znalezienie podejrzanego. Stworzono jedynie bardzo ogólny rysopis oparty o wrażenia dwójki ludzi, którzy widzieli mężczyznę spacerującego z Mimą McDonald. Dopiero po trzeciej pojawiła się – niewykorzystana – szansa na przełom w śledztwie. Mordercę widziano bowiem i to bardzo dokładnie podczas imprezy oraz gdy „odprowadzał” ofiarę do domu.

Helen była bowiem w Barrowland Ballroom z siostrą. Na miejscu każda z nich spotkała swojego „Johna” – tym imieniem przedstawiali się mężczyźni przychodzący na imprezy 25+, którzy nie chcieli być rozpoznani choćby dlatego, że w domach zostawiali żony. Ten, którego poznała Jeannie mieścił się w ówczesnej modzie i nie wyróżniał się z tłumu. Natomiast partner Helen był inny. Miał krótko ostrzyżone włosy (to było nietypowe pod koniec lat 60-tych) i był ubrany w garnitur. Zwracało uwagę też to, że nie przeklinał i mówił z nieco innym akcentem niż stali bywalcy klubu.

Obie pary przetańczyły całą imprezę. Krótko przed północą cała czwórka wyszła z lokalu i złapała taksówkę. W czasie drogi „John” (ten w garniturze) zaczął opowiadać o tym, że woli się modlić niż pić. Dodawał, że miejsca takie jak Barrowland Ballroom to „jaskinie rozpusty” pełne „cudzołożnic”. Opowiedział też biblijną historię o ukamieniowaniu jawnogrzesznicy. Żadna z tych opowieści – być może za sprawą wypitego alkoholu – nie była dla kobiet wystarczającym ostrzeżeniem, by trzymać się razem, a jednocześnie daleko od dziwnego mężczyzny.

Jeannie – siostra Helen – i jej „John” wysiedli bliżej. I byli ostatnimi osobami, które widziały Helen żywą. Następnego dnia znaleziono jej ciało. A wydarzenia tej nocy – przede wszystkim religijne nawiązania przywoływane przez mężczyznę – spowodowały, że nazwano go „Biblijnym Johnem”.

 

Pewne? Nie. Możliwe? Bardzo

Helen była jego ostatnią ofiarą. A przynajmniej ostatnią, którą mu przypisano, ponieważ trudno sądzić, by mężczyzna, który w dwa lata zabił co najmniej trzy kobiety, nagle przestał to robić. Bardziej prawdopodobne jest to, że przeniósł się do innej części kraju lub coś uniemożliwiło mu dokonywanie dalszych zbrodni. Jeżeli – jak sądzą choćby Wilson i Harrison – Tobin był „Biblijnym Johnem”, to może chodzić o jedno i o drugie.

W 1970 roku poważnie wyglądający 24-latek trafił bowiem na trzy lata za kraty. A po wyjściu nie wrócił na stałe do Glasgow, za to często zmieniał miejsca zamieszkania. Zmieniał też miasta, w których szukał ofiar. Każda z dziewczyn, za śmierć których został skazany, zginęła w innej miejscowości. A jeszcze w innym zgwałcił nastolatki. W latach 70-tych i 80-tych zarejestrowano też co najmniej kilka morderstw, które odpowiadają metodom działania Tobina.

Jednak nagłe zniknięcie „Biblijnego Johna” to tylko jedna z poszlak, które wskazują na to, że on i Tobin to jedna i ta sama osoba. Rysopis zabójcy odpowiada temu, jak – zdaniem pierwszej żony – zabójca Angeliki, Vicky i Dinah wyglądał pod koniec lat 60-tych.

Charakterystyczny i nietypowy był także jego sposób ubierania się. Dodatkowo Jeannie zapamiętała, że zabójca Helen przedstawił się jako John Sempleton, a wiadomo, że Peter Tobin przez pewien czas używał pseudonimu John Semple. Nie bez znaczenia jest i to, że swoje ofiary wybierał w dyskotekach (potańcówkach?!), na których poznał także wszystkie swoje żony.

Czy to wystarcza, by być pewnym, że „Biblijny John” i Peter Tobin to ta sama osoba? Nie. I takiej pewności nie da się uzyskać już nigdy. Minęło za dużo czasu. Świadkowie nie żyją lub nie pamiętają tamtych wydarzeń. Z policyjnych akt nie da się wyciągnąć całkowicie pewnych wniosków. A ślady biologiczne, które mogłyby rozwiać wątpliwości, już dawno nie istnieją. Ale nie da się zaprzeczyć, że same poszlaki są na tyle przekonujące, że można uznać, iż zabójca 23-letniej Polki, to potwór, który przez kilkadziesiąt lat mordował niewinne kobiety. Jest to bowiem nie tylko możliwe, ale też bardzo prawdopodobne.

 

Tomasz Borejza

 

 

< 1 2 3 4 5

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]