Centrum handlowe w R. nie było tak wielkie, jak to w Jankach pod Warszawą. Klienci lubili tu przyjeżdżać na zakupy. Komfort może mniejszy, ale nie trafiali do molochów pod jednym dachem. Mieli do wyboru kilkadziesiąt mniejszych salonów, sklepów, a nawet bazarków.

Wszystkie blisko siebie… i te ceny! Było tu znacznie taniej niż w innych obiektach tego typu. Ajenci płacili mniejsze podatki od wynajmowanej powierzchni. Spółka zarządzająca terenem oszczędzała na czym się dało, aż… dłużej się już nie dało.

Klienci zaczęli narzekać na dziurawy parking. Ajenci na awarie systemu monitoringu. Ostatnio w R. ktoś okradł samochód. Nie był to jednak pierwszy raz. Kamery monitoringu niczego nie zarejestrowały, bo były jedynie atrapami. Niektórzy ajenci, jak Tomasz S. z salonu optycznego, instalowali własne kamery. Jakaś chińszczyzna, ale zawsze. W końcu właściciele centrum uznali, że dość tej prowizorki. Obawiali się, że wystraszeni klienci wybiorą zakupy w bezpieczniejszych miejscach. Na czas wymiany instalacji zatrudnili dodatkowych pracowników agencji ochrony. Wśród nich były także kobiety. Po centrum krążyły patrole dwuosobowe, w jednakowych mundurach i płaszczach z logo firmy.

Tego wieczora na grafiku „wisiały” trzy pary: jedna mieszana i dwie męskie. Adam J. i Dorota T, Henryk F. i Franciszek P., Krzysztof K. i Mirosław G. Obchód mieli robić na zmianę. Runda po obiekcie wypadała co półtorej godziny. W teorii. W praktyce większość czasu siedzieli w kanciapie i oddawali się drobnym przyjemnościom. Rozmawiali, gmerali w telefonach, jedli. Telewizji nie mieli, ale program dało się oglądać także na komórce. Minęła północ, ktoś włączył kabaret. Zapowiadało się nieźle – wesołek z nagrania pytał, która pani widziała najdłuższego węża… W kieszeni! Publika rechotała, oni też.

No, wy już byliście, teraz kolej na nas – Adam J. i Dorota T. wyszli na zewnątrz. Wrócili… po kwadransie: – Ależ leje…

Popisy kabareciarzy przestali oglądać około godziny 1 w nocy. Na obchód ruszyli Henryk F. i Franciszek P. Jak wrócili, nie było im do śmiechu.

K…, mamy problem. Był włam. Ktoś wybił szybę…

     – Gdzie? Kiedy? – pozostali wyrywali się z pytaniami.

W salonie optycznym. Trzeba wezwać policję – zarządzili Henryk F. i Franciszek P.

Lepiej szefa ochrony. Niech on wzywa – powiedzieli Adam J. i Dorota T.

Właściciela salonu optycznego też trzeba zawiadomić – dodał Krzysztof K. z trzeciej pary. – Dzwonimy.

Właściciel salonu Tomasz S. i szef ochrony Zygmunt G. szybko przyjechali do centrum. Wezwali policję.

Przed sklepem leżały kawałki rozbitej szyby. Śledczy, inspektor Paweł Werner i aspirant Jan Kalata, oglądali drzwi. Do salonu weszli ostrożnie, żeby nie zadeptać śladów. Właściciel stwierdził brak pieniędzy w kasie. Policjanci zarządzili przegląd monitoringu.

Nie działa, system akurat wymieniamy – tłumaczył Zygmunt G. – Dlatego zatrudniliśmy dodatkowych ochroniarzy.

Może moja kamera coś zarejestrowała – odezwał się Tomasz S.

Okazało się, że i ten sprzęt szwankował. Zapis fotograficzny był niekompletny, obraz spłaszczony i ucięty od góry i od dołu. Jednak udało się dostrzec dwie niewyraźne sylwetki w ochroniarskich uniformach. Godziny zapisu nie dało się rozszyfrować.

Jak pech, to pech! – aspirant Kalata machnął ze złością ręką w stronę ekranu. To jakiś szmelc.

     – Dawaj ochroniarzy, przepytamy ich – zarządził inspektor Werner.

     – Patrolowaliśmy teren zgodnie z grafikiem. Wyszliśmy o północy. Padało, więc wróciliśmy po parasole. Wszystko było w porządku. Teren sprawdzaliśmy do 1.30.

      – Panie inspektorze, oni kłamią – nie wytrzymał Henryk F. – Wrócili po kwadransie i już tyłka nie ruszyli. To my musieliśmy za nich patrolować!

     – A może wpaść do salonu, zabrać pieniądze, a potem alarmować, że był włam, żeby mieć alibi – szyderczo mówił Krzysztof K. z trzeciego patrolu.– Jak myśmy przechodzili obok salonu, wszystko było w porządku!

Członkowie pierwszego i drugiego patrolu zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego.

Spokój! – ryknął aspirant Kalata. Poprosił Wernera na bok. – Szefie, mam wrażenie, że oni wszyscy kłamią. Zwalają winę jedni na drugich, bo zamiast robić obchód, przesiadywali w kanciapie. Chyba na wariograf ich posadzimy

Może nie będzie potrzebny, aspirancie – powiedział Paweł Werner, uważnie wpatrując się w ekran monitora.

     Co zwróciło uwagę inspektora Wernera?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze