Cinkciarzem być…

Po epizodach handlowych i motoryzacyjnych – zapewniających zyski, ale i wymagających solidnego nakładu pracy (rozwożenie skradzionego towaru po komisach, fałszowanie dokumentów przy sprzedaży samochodów, angażowanie wielu osób w proces pozyskiwania i sprzedaży auta) w życiu Wojciecha B. przyszedł czas na zmiany… Młodzieniec tym razem skupił się na „biznesie dewizowym”, czyli handlu walutą nazywanym cinkciarstwem (od angielskiego change money wymawianego przez cinkciarzy „cincz many” lub „cień ćmany”).

Sprzedaż obcej waluty była nielegalna, aczkolwiek traktowana z przymrużeniem oka i tolerowana przez ówczesne władze (w przypadku małego i średniego wolumenu sprzedaży). Zaletą wymiany waluty u cinkciarza był kurs wyższy niż ten oferowany przez państwowe banki. Stąd wielu przyjezdnych z zagranicy decydowało się na usługi cinkciarzy – nie licząc się z ryzykiem oszustwa (zamiany pieniędzy w finale transakcji, użycia fałszywych banknotów lub banknotów wycofanych z obiegu).

Nieświadomość cudzoziemców, a także polonusów odwiedzających rodzinne strony oraz zdolności manualne sprzyjały działaniom Wojciecha B. Sposobów na wyłudzenie amerykańskich dolarów bądź zachodnioniemieckich marek było co najmniej kilka. Dość popularny to sposób na gumkę aptekarską (recepturkę). Złotówki odpowiadające wymienianej walucie Wojciech B. trzymał w kieszeni, zwinięte w rulonie za pomocą gumki recepturki. Dla zmylenia czujności dewizowca z rulonu zdejmowana była gumka, złotówki były przeliczane na głos na oczach klienta.

Kiedy przeliczana gotówka w złotówkach odpowiadała wartości nabywanych przez cinkciarza dewiz, gumka aptekarska znowu lądowała na rulonie z banknotami Narodowego Banku Polskiego. Zbywca waluty sięgał do kieszeni po dewizy, a w tym czasie Wojciech B., niczym wytrawny prestidigitator, wyciągał z rękawa drugi, łudząco podobny rulon, składający się jednak z pociętych gazet albo pogiętych banknotów, które po wyprostowaniu stanowiły zazwyczaj połowę bądź jeszcze mniej obiecanej kwoty.

Drugim dość popularnym sposobem stosowanym przez Wojciecha B. była sztuczka na pograniczu aktorstwa i iluzji. Mężczyzna grał przestraszonego obywatela zza żelaznej kurtyny, który pierwszy raz w życiu kupuje walutę na lekarstwa bądź operację dla chorego dziecka lub żony. Nerwowo rozglądał się wokoło, natrętnie drapał w okolicach szyi i kołnierza, a rulon z fałszywymi zwitkami imitującymi pieniądze tym razem wyciągał zza kołnierza.

Pochodną klasycznego numeru „na gumkę recepturkę” był inny sposób, gdy Wojciech B. dawał dewizowcowi zwinięte w rulon złotówki, w których brakowało np. dwóch banknotów i prosił go przeliczenie. Dewizowiec liczył i mówił, że brakuje konkretnej kwoty, wtedy Wojciech B. brał od niego plik prawdziwych złotówek, ponownie zwijał je w rulon, zawijał gumką aptekarską, a następnie wkładał rękę do kieszeni, skąd wyjmował brakujące banknoty wraz z fałszywym rulonem – tym razem np. ze ścinków gazet owiniętych gumką. Cudzoziemiec był przekonany, że dostawał zwitek, który przed chwilą osobiście przeliczył plus brakującą kwotę w luźnych banknotach.

Najrzadziej stosowaną przez Wojciecha B. była dość prymitywna – jak na jego możliwości – metoda „na milicję”. Kiedy dewizowiec dawał sprzedawcy dolary do przeliczenia, przechodzący obok znajomy Wojciecha B. krzyczał: „Milicja, uciekaj!” i cinkciarz z niedoszłym zbywcą waluty uciekali, każdy w swoją stronę, udając że nie mają ze sobą nic wspólnego. Skutek był taki, że Wojciech B. zostawał z plikiem banknotów dewizowca, a cudzoziemiec – z niewielką ilością złotówek bądź z pociętymi gazetami, imitującymi banknoty lub z całkowicie pustymi rękami.

Trzeba również dodać, że Wojciech B. dla kamuflażu zmieniał wygląd. Używał peruki, sztucznych wąsów, czasem okularów optycznych i różnych nakryć głowy, co utrudniało jego identyfikację. Natomiast oszukany cudzoziemiec bądź wykorzystany polonus stawał przed dylematem: czy zgłaszać sprawę milicji, ryzykując pociągnięcie do odpowiedzialności karnej za nielegalny handel walutą poza obrotem państwowym, czy przełknąć gorycz porażki.

 

Wyjście awaryjne

Działalność Wojciecha B. i jego kompanów przynosiła duże zyski, które w większości były upłynniane na rozrywki i panie lekkich obyczajów. Pobyty w nadbałtyckich ośrodkach wczasowych (i nie mówimy tu o Funduszu Wczasów Pracowniczych – FWP) i na zakopiańskich Krupówkach nie należały do rzadkości.

Sam Wojciech B. nigdy nie dał się złapać na gorącym uczynku, mimo to trafił do aresztu śledczego. Okazało się, że jeden ze skradzionych i potem sprzedanych na giełdzie dużych fiatów trafił do zięcia wysoko postawionego działacza PZPR (Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) – ówczesnej siły przewodniej narodu. Funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej, przyciśnięci przez swoich przełożonych, zaczęli rozpytywać wśród informatorów i współpracująca z MO prostytutka podsunęła trop swojego klienta Mieczysława K., który przechwalał się, że „robi fiaty na zamówienie”.

Doszło do zatrzymania Mieczysława K. i przebywającego wraz z nim Wojciecha B. W ciągu 48 godzin doszło do okazania, w trakcie którego towarzysz z PZPR wraz ze swoim zięciem rozpoznali jako sprzedawcę trefnego samochodu Wojciecha B.

Milicja zaczęła łączyć różne fakty i wobec Wojciecha B. wydano postanowienie o zastosowaniu środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania na trzy miesiące. Okres trzymiesięczny został potem przedłużony.

Przeciwko Wojciechowi B. nigdy nie został wniesiony akt oskarżenia, a on nigdy nie stanął przed sądem. Według oficjalnych danych zmarł w areszcie śledczym na nowotwór trzustki. Według informacji i plotek rozsiewanych przez dotychczasowych wspólników, jego śmierć została sfingowana przez SB. Wojciech B. parając się sprzedażą walut, współpracował z Milicją Obywatelską i Służbą Bezpieczeństwa. W uznaniu „zasług” opuścił areszt śledczy tylnymi drzwiami, dostał paszport i na zawsze wyemigrował poza granice Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Jednak wersja o emigracji Wojciecha B. nie znalazła potwierdzenia w oficjalnych dokumentach.

 

Tomasz Krzemień

Zmieniono personalia oraz niektóre drobne okoliczności

< 1 2

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]