Czy socjalizm to czas powszechnej szczęśliwości, a interwencje funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej miały miejsce tylko w przypadku zdarzeń kryminalnych? Oczywiście tak nie było. Nader często zdarzało się, że milicjanci byli wzywani, by zażegnać awanturę domową. Najczęściej dotyczyło to przypadków, gdy któryś z domowników pod wpływem alkoholu zachowywał się agresywnie i zagrażał pozostałym członkom rodziny.

Niestety, w tamtych czasach pojęcie przemocy w rodzinie nie było jeszcze znane i raczej nikt nie zareagowałby na zgłoszenie przypadku przemocy psychicznej czy emocjonalnej. Przed sąd trafiały przypadki skrajne, gdy dochodziło do poważnych uszkodzeń ciała czy zagrożenia życia. Dopiero na tego typu zdarzenia organy porządkowe reagowały zdecydowanie.

Podstawowym sposobem na zakończenie awantury domowej było odseparowanie awanturnika od reszty rodziny, czyli zabranie go z domu. Prawie zawsze był nim pijany mężczyzna. W czasie interwencji, po ustaleniu kto jest agresorem, milicjanci poprzestawali czasami na samej groźbie, ale bywało, że zabierali awanturnika do radiowozu. W milicyjnym aucie albo jeszcze na klatce schodowej, bez świadków dochodziło do dalszych „mediacji” – awanturnik był poddawany solidnemu pałowaniu tak długo, aż przyznał, że postąpił źle i obiecał, że więcej nie podniesie ręki na żonę. Panowie mundurowi informowali go, że jeśli jeszcze raz będą musieli tu przyjechać (bo przecież mają ważniejsze sprawy niż takie interwencje), to lanie będzie dwa razy mocniejsze.

Radiowóz odjeżdżał, a agresor wracał do domu i raczej już nie robił awantur, zwłaszcza że o konsekwencjach złego zachowania przypominał sobie za każdym razem, gdy próbował usiąść na potraktowanej milicyjnymi pałkami części ciała. Plecy też czasami miał granatowe od siniaków, więc musiał spać na brzuchu. Oczywiście w milicyjnych notatnikach z takich interwencji znajdował się zazwyczaj zapis o tym, że osobnik stawiał czynny opór, wobec czego konieczne było użycie środka przymusu bezpośredniego w postaci pałki służbowej. Robiono tak na wypadek, gdyby po wytrzeźwieniu postanowił skarżyć się na takie potraktowanie.

Czy tak przeprowadzone interwencje rodzinne można uznać za prawidłowe? Oczywiście nie, ale trzeba przyznać, że w przypadku niektórych „damskich bokserów” był to jedyny sposób, który szybko potrafił przekonywać. Takie postępowanie milicjantów wynikało często ze zwykłego braku wyszkolenia i odpowiednich procedur. O „Niebieskiej Karcie” (wprowadzonej w 1997 r. w Warszawie, a w całym kraju w 1998 r.) nikt wtedy nie słyszał, podobnie jak o szkoleniu milicjantów w zakresie mediacji. Wszyscy radzili więc sobie tak, jak umieli (lub jak nie umieli), odpowiadając przemocą na przemoc. Niestety, ofiary przemocy w rodzinie na drugi dzień odmawiały z reguły złożenia zawiadomienia o przestępstwie, a sprawcy doskonale o tym wiedzieli. Dzisiaj z przemocą jest ten sam problem. Ofiary wierzą, że coś się zmieni bez ingerencji sądu, a zmienia się tylko na gorsze.

Zdarzali się jednak osobnicy, na których wizyta patrolu nie robiła żadnego wrażenia. Byli nadal agresywni i milicjanci musieli przyjeżdżać ponownie tej samej nocy. Wtedy awanturnika bez większych ceregieli zabierano z domu i odwożono do izby wytrzeźwień, a jeśli takiego przybytku w danym mieście nie było, umieszczano go po prostu w celi aresztu do czasu aż wytrzeźwiał.

Warto dodać, że izby wytrzeźwień zaczęły funkcjonować w Polsce w 1966 roku i nie są naszym „krajowym wynalazkiem”. Jako pierwsi zaczęli je organizować pragmatyczni Czesi w 1951 roku w Pradze.

Z umieszczaniem awanturującego się osobnika w izbie wytrzeźwień czy w areszcie był jednak pewien problem, którego zresztą nie udało się rozwiązać do dziś. Za taki pobyt trzeba później zapłacić. Opłata wynosiła tyle, co nocleg w przyzwoitym hotelu. Niestety, taki pensjonariusz „wytrzeźwiałki” lub „żłobka” (np. słynnego na ulicy Kolskiej w Warszawie) po powrocie do domu informował żonę, że nie ma zamiaru płacić za ten pobyt, bo uważa, że kto dzwonił „po milicję”, ten niech teraz płaci. Nawet jeśli płacił sam, to i tak obciążało to skromny domowy budżet. W efekcie, przy każdej kolejnej awanturze, żona poważnie zastanawiała się nad opłacalnością takiej „usługi”, nawet jeśli była to cena za spokojnie i bezpiecznie przespaną noc.

 

Pałki na drogę

Co jednak mieli zrobić milicjanci, gdy w ich mieście izby wytrzeźwień nie było albo cele w areszcie były już zapełnione „poważniejszymi klientami”? Okazuje się, że i wtedy potrafili znaleźć rozwiązanie i usunąć agresywnego osobnika. Bywały to działania kontrowersyjne i oczywiście niezgodne z tym, co zalecali im przełożeni.

W jednym z miast wschodniej Polski w tamtym czasie utarł się zwyczaj, że osobnika zatrzymanego podczas interwencji domowej milicjanci nie odwozili do aresztu, a w służbowych notatnikach wpisywali natomiast, że „opuścił mieszkanie i zobowiązał się, że przenocuje u rodziny lub znajomych”. W rzeczywistości wywozili go poza miasto. Po potraktowaniu „pożegnalną pałką” zostawiali go tam i wracali do pracy.

Taki delikwent, najczęściej pijany, musiał o własnych siłach wrócić do domu. W miejscu, w którym pozostawili go panowie mundurowi, nie jeździły żadne samochody, nie mógł więc liczyć na to, że ktokolwiek go podwiezie. Zresztą, kto w nocy wpuściłby do auta jakiegoś niezbyt trzeźwego jegomościa?

Maszerując do miasta przez nocne pustkowie, miał czas, by przemyśleć swoje postępowanie, a przede wszystkim by wytrzeźwieć. Kiedy docierał do domu, był już z reguły na tyle przytomny, że nie w głowie były mu awantury. W ten sposób unikał też słonej opłaty za pobyt w „wytrzeźwiałce”. Niby same korzyści, ale nie zawsze…

W styczniu 1985 roku jeden z wędkarzy spacerujących nad rzeką zauważył w wodzie ciało mężczyzny. Po wydobyciu zwłok okazało się, że jest to 51-letni Andrzej F., mieszkaniec Ł.

Podczas pobieżnych oględzin nie stwierdzono żadnych nietypowych obrażeń, uznano więc przypadek za klasyczne utonięcie. Andrzej F. miał przy sobie dokumenty, a nawet portfel z pewną sumą pieniędzy, rabunek można więc było wykluczyć.

Zwłoki przekazano do prosektorium, a prokuratura na wszelki wypadek zarządziła ich sekcję. Ta czynność procesowa rozpoczęła dokładniejsze badanie sprawy. Lekarz prowadzący potwierdził, że Andrzej F. zmarł na skutek utonięcia. Świadczyła o tym chociażby obecność wody w płucach i brak innych obrażeń mogących być przyczyną zgonu.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze