Obok, w restauracji, większość stolików była zajęta. Oprócz kierowców lubili tu zaglądać miejscowi z pobliskiego P. W centrum miasta było kilka knajp, ale mieszkańcy woleli nadłożyć drogi i zarezerwować stolik Pod Kasztanami. Lokal miał swoją markę. Menu nie było zbyt wyszukane, zaledwie kilka potraw do wyboru, ale wszystkie smaczne i niedrogie. Doceniali to goście, a szczególnie kierowcy.

 Motelem kierowali Bożena i Stanisław Dobrowolscy. Najpierw zainwestowali w restaurację. Potem skorzystali z funduszy unijnych, dobrali kredytu i postawili niewielki motel. Wszystkiego doglądali sami. Interes się kręcił. Od niedawna pomagała im dorosła już córka Kasia.

To właśnie ona tego wieczora miała dyżur w recepcji. Ogarniała rezerwacje, wydawała klucze, kierowała gości do pokojów albo od razu do stolików, na kolację. Jak małżeństwo z dziećmi, które od wejścia wrzeszczały:

– Mamo, cemy cipsy!

Dziewczyna z rodziną zaprowadziła je do wolnego stolika.

Przy sąsiednim siedział gość w marynarce z dziwnym białym kołnierzykiem. Przeglądał kartę dań, trzymając w ręku jakieś koraliki. Kasia przyjrzała się dokładniej. Jakie koraliki – różaniec! Dostrzegła też obrączkę na prawej ręce i nie dziwny kołnierzyk, tylko koloratkę. Zwykły ksiądz. Dania też zamówił zwykłe: żurek i zrazy na drugie.

Dwaj młodzi mężczyźni bliżej recepcji zamówili butelkę czystej pod golonkę.

Kasia wróciła do recepcji. Wyciągała kasetkę z pieniędzmi, żeby sprawdzić utarg.

Właśnie wtedy rozległ się huk a potem zawyły alarmy. Hałas dobiegał z parkingu. Tak pomyśleli goście motelu, bo hurmem rzucili się do wyjścia, żeby sprawdzić co się stało. Zobaczyli tylko czerwone światła oddalającego się samochodu.

– Jakiś wariat walnął w moje auto, cały prawy bok wgnieciony! Wzywam policję – krzyczał właściciel audi i sięgnął po telefon.

Goście wracali do motelu. Panowało wielkie zamieszanie. Jeden z kierowców chciał zrezygnować z noclegu i odebrać przedpłacone pieniądze. Kasia sięgnęła po kasetkę. O Jezu, muszą tu gdzieś być! Kasetka była prawie pusta. Na dnie leżało zaledwie kilka monet.

W drzwiach motelu pojawił się Stanisław Dobrowolski. Spojrzał na córkę i już wiedział, że stało się coś złego. Kaśka była blada jak ściana.

 – Zapytajmy gości, może ktoś widział złodziei – uspokajał roztrzęsioną córkę właściciel motelu.

 – Nie zwróciliśmy uwagi. Wychodziliśmy tylko z dziećmi do toalety obok – tłumaczyli rodzice dzieci.

– Nic nie widzieliśmy, poza golonką. Akurat wjechała na stół… Tylko na papierosa wyszliśmy – twierdzili wyraźnie już podpici mężczyźni

– Spożywałem posiłek. Macie tu państwo znakomitą kuchnię – powiedział ksiądz. – Wychodziłem wprawdzie na chwilę, sprawdzić czy wszystko w porządku z moim autem. Każda z pytanych przez Dobrowolskiego osób odchodziła od stolika i przechodziła blisko recepcji. Wystarczyła chwila, żeby sięgnąć po pieniądze. Dobrowolski miał swoje podejrzenia. Chętnie podzielił się nimi z policjantami, którzy akurat weszli do motelu.

 

Jak sądzisz, Czytelniku, kogo Dobrowolski podejrzewał o kradzież pieniędzy?

 

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze