Gdyby ktoś na podstawie gazet z początku XX wieku usiłował opisać wszystkie napady zbrojne na banki, kantory i kasy pocztowe, jakie wydarzyły się w Warszawie w samych tylko latach 1905-1907 – napisać musiałby opasłą księgę.

Trudno byłoby jednak – na podstawie tychże gazet – ustalić rzecz najważniejszą: które z nich były związane z działalnością rewolucjonistów potrzebujących pieniędzy na wydawanie ulotek, gazetek i w ogóle na prowadzenie agitacji i funkcjonowanie organizacji (bojowcy z PPS na przykład dokonywali „ekspropriacji” – wywłaszczenia, tzw. eksów; zdobywali w ten sposób nawet tysiące rubli), a które przecież nie były „robotą” zwykłych bandytów, zresztą niezwykle aktywnych w tych niespokojnych czasach.

Obrabowanie sklepu z bronią przy ul. Długiej 19 na początku 1905 roku mogło być robotą jednych lub drugich, bo i tym, i tym była ona potrzebna, ale napad na dom L. Morgensterna przy ul. Marszałkowskiej w tymże roku przypisać już można bez wątpienia zwykłym bandytom, bo tylko oni dokonywali podobnych ekscesów.

W następnym roku napadu na kasę Towarzystwa Telefonicznego mogli dokonać jedni lub drudzy, ale już obrabowanie składu wyrobów jubilerskich J. Rosenbluma przy ul. Leszno 24, sklepu Grabowskiego przy Wareckiej, cukierni Lardellego, i wielu, wielu napadów na sklepy, magazyny towarów i prywatnych kas – o których z oburzeniem pisali wstrząśnięci dziennikarze – to już były przejawy zwykłego bandytyzmu, który w tych latach zamętu bardzo spowszedniał.

Czasem ktoś został ranny bądź zabity, czasem zginął sam napastnik. W lutym 1910 roku na przykład woźny fabryczny Gryglas zastrzelił bandytę, który usiłował odebrać mu pieniądze przeznaczone na wypłatę. Dwa lata później Błażej Rakowski, inkasent fabryki wyrobów jedwabnych też sobie dzielnie poradził z bandytami.

Jeszcze w 1914 roku prasa notowała liczne napady na lombardy, a ich fala rozlała się z dużą intensywnością we wczesnych latach powojennych, gdy w ogóle liczba napadów bandyckich w kraju grubo przekraczała tysiąc rocznie!

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze