Czerwiec rozpieszczał pogodą. Komisarz Rostkowski korzystał z wolnych dni i spędzał czas na działce, położonej pośrodku leśnej głuszy. Sporadycznie zdarzało się, że w okolicy pojawiała się przypadkowa osoba. Wygrzewający się w słońcu komisarz nagle zesztywniał, kiedy drogą przyległą do jego posesji przemknął zielony opel astra. Obudziły się w nim wspomnienia nie tak odległe, bo zaledwie sprzed kilku miesięcy, kiedy zima w Bieszczadach trzymała na całego.

Starzy mieszkańcy mówili, że mrozi jak za dawnych czasów. Kto nie musiał, ten nie wychodził z domu. W niskich temperaturach samochody też odmawiały posłuszeństwa. W tak lodowatych okolicznościach przyrody, pewnego dnia przed południem w komisariacie policji rozległ się dźwięk telefonu. Po chwili w słuchawce odezwał się zdenerwowany głos Pawła Sujkowskiego, miejscowego biznesmena. Mieszkał na uboczu w okazałej willi. Ludzie go lubili, bo wspierał lokalne inicjatywy i nie żałował grosza. Wielu zazdrościło mu luksusowego życia. Najzimniejsze tygodnie Sujkowski spędzał z żoną za granicą. Kiedy wrócili, okazało się, że włamano się do ich domu. Zginęły kosztowne figurki, obrazy oraz trochę rodowej biżuterii. Na szczęście oszczędzono zaparkowanego w garażu nowego bmw. Sujkowski miał zainstalowany monitoring, ale nie przewidział, że pod wpływem tak dużego mrozu kamery odmówią posłuszeństwa.

Można było ustalić, kiedy doszło do włamania, bo codziennie do domu przychodziła gosposia Oksana. Zjawiała się zazwyczaj około godziny 14. Wszystko wskazywało na to, że do włamania doszło tuż przed powrotem właścicieli do domu lub w poprzedzający to wydarzenie wieczór. Na nagraniach z monitoringu nie było zarejestrowanych ostatnich dni, więc szukanie włamywacza przypominało szukanie igły w stogu siana. Oksana zalana łzami odpowiadała na pytania policji. Oczywiście, była pierwszą i jedyną podejrzaną, bo tylko ona miała klucze do domu. Wszędzie też były odciski jej palców. Przeszukanie mieszkania kobiety nie posunęło sprawy do przodu, bo nie znaleziono w nim nic, co wskazywałoby, że to ona okradła dom swoich chlebodawców.

Komisarz Rostkowski postanowił przejrzeć nagrania z monitoringu z czasu, kiedy ten jeszcze działał. Jego uwagę przykuł zielony opel astra, który kilka dni pod rząd wolno przejeżdżał pod domem Sujkowskiego. Policjant z sentymentem popatrzył na auto, kilka lat miał taki sam model. Dobry wóz, benzyniak. Przerobił go na gaz i jeździł za pół darmo. Niestety żona wymusiła na nim zmianę samochodu. Kiedy komisarz otrząsnął się ze wspomnień, postanowił porozmawiać z właścicielem auta, Kazimierzem Lipowiczem. Miał nadzieję, że skoro ten często bywał w okolicy willi Sujkowskiego, być może zauważył coś podejrzanego.

Zaproszony do środka komisarz zaczął zadawać Lipowiczowi pytania.

–  Czy jest pan właścicielem zielonego opla astra?

– Tak, to mój samochód – odpowiedział gospodarz.

– Pana samochód był często widziany w okolicy domu pana Sujkowskiego. Czy kiedy przejeżdżał pan tamtędy, nic podejrzanego nie rzuciło się panu w oczy?

– Nie, nic nadzwyczajnego. Zresztą nie zwracałem większej uwagi.

Padło jeszcze kilka pytań i odpowiedzi, z których nic nie wynikało. Kiedy zniechęcony już komisarz kierował się do wyjścia, zapytał jeszcze Lipowicza:

– A szara bryka przed domem to pana?

– Tak, mam dwa samochody. Opla lubię, ale silnik czasem mu szwankuje, a ja muszę do pracy kawał dojechać. Odkupiłem od zięcia toyotę. Ma swój przebieg, ale silnik diesla, to jeszcze trochę nim pojeżdżę. Opla sprzedawać mi się nie opłaca, bo i co ja za niego wezmę? Sentyment mam do auta…

– I słusznie. Samochód jest jak przyjaciel – podsumował z nostalgią policjant i zamknął za sobą drzwi.

Komisarz Rostkowski wracał radiowozem do komisariatu, gdy nagle go olśniło. Zahamował gwałtownie. Auto zakręciło bączka. Kiedy policjant odzyskał panowanie nad kierownicą, natychmiast ruszył w kierunku domu Lipowicza.

 Dlaczego komisarz postanowił jeszcze raz przepytać Kazimierza Lipowicza?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze