Do tej pory mieszkańcy tego prowincjonalnego miasteczka na Kielecczyźnie mogli oglądać podobne historie wyłącznie na ekranie kina „Sfinks”, płacąc za bilet na seans 10 groszy polskich.

W upalną letnią noc, z 13 na 14 lipca 1932 roku, nieliczni przechodnie, mijając dawne składy monopolowe, usłyszeli rozpaczliwe wołanie o pomoc. Pobiegli czym prędzej i zobaczyli leżącego na chodniku młodego mężczyznę, który wił się jak w ataku epilepsji i przeraźliwie jęczał z bólu. Kilka osób znało tego człowieka. Był to Józef Snopkiewicz, pracujący w miejscowej komendzie Policji Państwowej na stanowisku sekretarza. Ktoś zaofiarował się przetransportować go autem do pobliskiego szpitala św. Leona. Niestety, Snopkiewicz u bram szpitalnych wyzionął ducha. Na zegarze w rynku właśnie wybiła północ.

Otruty strychniną

Sekretarz policji zmarł w wyniku otrucia. Badanie pośmiertne stwierdziło w treści żołądka obecność strychniny. Ilość trucizny była dwukrotnie większa od dawki potrzebnej do zabicia dorosłego człowieka! W odróżnieniu np. od kwasu pruskiego, zawierającego cyjanowodór, strychnina nie powoduje zgonu bezpośrednio po zażyciu. Może on nastąpić nawet po dwóch godzinach. Zatrucie strychniną skutkuje paraliżem mięśni, a śmierć następuje wskutek uduszenia. Osoba, która zażyła śmiertelną dawkę tej trucizny, umiera w strasznych męczarniach…

Wyjaśnieniem nagłego i tajemniczego zgonu Józefa Snopkiewicza zajęła się policja. Z powodu dużej ilości strychniny znalezionej w organizmie zmarłego, wykluczono nieszczęśliwy wypadek, który mógłby być następstwem przypadkowego lub omyłkowego zażycia trucizny. Podejrzewano zabójstwo. Zapowiadało się długie śledztwo, tymczasem już pierwsze przesłuchania świadków, którzy znaleźli Snopkiewicza na ulicy, przyniosły zaskakujące rezultaty.

Pierwszy do leżącego na chodniku mężczyzny pospieszył z pomocą mieszkający w pobliskim domu ławnik magistratu, Woźnicki, którego zaniepokoiły głośne krzyki, dobiegające zza okna. Snopkiewicz był jeszcze przytomny. Wyszeptał dziwne słowa.

– Gdy pochyliłem się nad nim i spytałem co się stało, odpowiedział: „Pomocy, zostałem otruty… to Plebańczyk”. I zaraz potem zemdlał – zeznał Woźnicki.

– Plebańczyk… – powtórzył w zamyśleniu policjant. – Czy sądzi pan, że świętej pamięci Snopkiewicz mógł mieć na myśli zastępcę inspektora szkolnego?

– I owszem. Onegdaj rozmawiałem  z Plebańczykiem. Miły człowiek – odparł ławnik magistratu.

Biura inspektoratu szkolnego w Opatowie, mieszczące się w budynkach dawnych składów monopolowych, znajdowały się w odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów od miejsca, gdzie upadł otruty Snopkiewicz. Oprócz urzędu, w gmachu były również mieszkania prywatne pracowników. Jedno z nich zajmował wraz z żoną i dwójką małych dzieci Zygmunt Plebańczyk, zastępca inspektora szkolnego.

Słowa, które padły z ust umierającego Snopkiewicza, zdawały się sugerować, że otruł go Plebańczyk. Ale policja póki co nie dawała temu wiary. Nie wiadomo, czy Woźnicki dobrze usłyszał, jako że znajdujący się w agonii Snopkiewicz zapewne mówił niewyraźnie. Jego wyznanie mogło być przedśmiertnym bredzeniem, niemającym nic wspólnego z rzeczywistym przebiegiem dramatu. Nie znano racjonalnego powodu, dla którego szanowany w mieście urzędnik, człowiek z wyższym wykształceniem, miałby zamordować sekretarza policji. Mimo tych wątpliwości śledczy postanowili udać się do Plebańczyka i zapytać, co ma w tej sprawie do powiedzenia.

Czy Plebańczyk miał rzeczywiście coś wspólnego z morderstwem? Odpowiedź znajdziesz w tekście „W trujących oparach namiętności” Karola Rebsa opublikowanym w październikowym „Detektywie”.

Więcej interesujących tekstów o tematyce kryminalnej znajdziesz w najnowszym wydaniu „Detektywa” nr 10/2019 w sprzedaży od 17 września 2019 roku, a także w wersji elektronicznej do kupienia TUTAJ oraz w wersji do słuchania dostępnej TUTAJ.

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze