W pokoju ojca stał stół, a na nim krzyż i lichtarze. Jeżeli ktoś im podpadł, zbierali się przy stole całą rodziną i wydawali wyrok… Klękali, matka zapalała świecę, przechylała ją na bok, wypowiadała nazwisko przyszłej ofiary i „zaklęcie”: – Niech skapie. Powtarzała to trzy razy. W rok od wydania wyroku, wykonywali go. 

Chryzantemy kładzione na groby w Zaduszki jeszcze nie zdążyły zmarnieć, kiedy chowano rodzinę Lipów. Tragedia, jaka rozegrała się w Rzepinie, pochłonęła aż pięć ofiar: 45-letniego Mieczysława Lipę, 27-letniego Władysława Lipę (bratanka Mieczysława), 18-letnią Krystynę Lipę (żonę Władysława, która była w zaawansowanej ciąży), 81-letnią Mariannę Lipę (matkę Mieczysława) i 54-letnią Zofię Lipę (bratową Mieczysława).

„Słowo Ludu”, organ Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, 4 listopada 1969 roku informowało: Blask pożaru zbudził mieszkańców Rzepina w nocy z 2 na 3 listopada. Palił się dom rodzinny Lipów. Ratownicy wpadli do mieszkania i zdrętwieli z przerażenia. W izbach leżały potwornie zmasakrowane zwłoki, krew na podłodze i ścianach. Z płomieni wyciągnięto okropnie pokaleczone zwłoki.

 

Nasze się palą

Tej nocy, 2 listopada 1969 roku, żona Jana Lipy nie spała najlepiej. Było dobrze po północy, kiedy obudziła się po raz kolejny. Słyszała dziwne trzaski. Mąż przekonywał ją, że to hula wiatr. Kobieta jednak postanowiła to sprawdzić. Narzuciła na plecy wełnianą chustę i wyszła na podwórko.

Jezus Maria! Nasze się palą! – krzyknęła, gdy tylko znalazła się na zewnątrz.

W płomieniach stał dom rodzinny Lipów. W oddali słychać było już syrenę straży pożarnej. Jan Lipa zerwał się na równe nogi i pobiegł do pożaru. Pierwsze kroki skierował między zabudowania gospodarcze i otworzył stajnię. Po chwili na podwórze zajechała motopompa. Ze wszystkich stron zbiegali się ludzie. Z domu zaczęto wynosić zwłoki Zofii, Marianny, Mieczysława, Władysława i ciężarnej Krystyny. Początkowo myślano, że Lipowie zaczadzieli. Szybko okazało się jednak, że powodem śmierci nie był ogień.

 

O świcie na miejscu pojawili się technicy milicyjni. Ekipa dochodzeniowo- śledcza dokonała oględzin i zabezpieczyła miejsce zdarzenia. Z domu wiele nie zostało: zaledwie wypalone ściany budynku i sterczący wśród nich komin. Zabudowania gospodarcze były do cna spalone. Z pogorzeliska wygrzebano jedynie żelazny łom, kilof bez styliska, opaloną siekierę i magazynek pistoletu maszynowego. Zabezpieczono także kuchenny nóż, latarkę elektryczną oraz taboret szewski, który na jednej z nóg miał brunatne plamy wyglądające jak ślady krwi. Nie znaleziono przedmiotów ani materiałów, które wskazywałyby, że użyto ich do wzniecenia pożaru.

Milicyjny fotograf zrobił jeszcze zdjęcia kilku uchowanych obrazków świętych i drobiazgów kosmetycznych, które należały zapewne do najmłodszego pokolenia Lipów.

Z relacji świadków, którzy przybyli na miejsce zdarzenia tuż po dostrzeżeniu pożaru, a zwłaszcza tych, którzy wynosili ciała, wynikało, że przy drzwiach wejściowych leżała Zofia Lipa, Mieczysław – kilka kroków od łóżka, w którym sypiał, Władysław – około 4 metrów od małżeńskiego łoża. Ciało jego żony znajdowało się na łóżku, podobnie jak babki Marianny.

Wszyscy mieli widoczne rany. Na tym etapie śledztwa nie wiadomo było, jakim narzędziem zostały zadane.

Pierwsze oględziny wystarczyły, aby eksperci stwierdzili, że pożar został wywołany celowo – prawdopodobnie po to, aby zatrzeć ślady zbrodni. Tylko dlaczego ktoś postanowił zamordować rodzinę Lipów? Prawdopodobnie nie zrobiła tego jedna osoba. Na ich ciałach nie było widać śladów obrony. Wszystko wskazywało na to, że mordercy zaskoczyli Lipów we śnie i zabijali ich kolejno.

 

Nie pierwszy taki mord

Sprawa morderstwa rodziny Lipów nie schodziła z pierwszych stron gazet. W wydaniu z 11 listopada 1969 roku, „Słowo Ludu” informowało o pogrzebie zamordowanych, na który przybyły 4 tysiące osób. W związku ze zbrodnią pojawiło się ciekawe spostrzeżenie: – Nie jest to pierwsze w tej okolicy zabójstwo dokonane na sołtysie. Dziesięć lat temu zabity został sołtys Borowiec, a jeszcze dziesięć lat wcześniej – sołtys Żaczkiewicz.

Śledczy ustalali fakty. Przede wszystkim rozpytywali mieszkańców wsi, chcąc naszkicować jak najpełniejszy obraz wymordowanej rodziny. Czy ktoś miał z nimi zatargi? Czy to sprawa aktualna, a może coś, co ciągnęło się jeszcze od okupacji? Może to była zemsta?

Ludzie ze wsi przerażeni zbrodnią niechętnie opowiadali. Prawdopodobnie obawiali się, że długi język spowoduje, że sami wpadną w tarapaty.

Ze szczątkowych opowieści sąsiadów i znajomych wyłaniał się jednak spójny obraz. Rodzina Lipów cieszyła się we wsi szacunkiem i zaufaniem. Mężczyźni piastowali urząd sołtysa. Do ich zadań należało egzekwowanie podatków, ale zachowywali się przy tym w ludzki sposób, co było doceniane.

W spalonym domu mieszkali: Mieczysław, Zofia – bratowa Mieczysława, Władysław – syn Wyrok Zofii, Krystyna – żona Władysława oraz Marianna – babcia. Sołtys Mieczysław pracował na wspólnej gospodarce razem z bratową i młodymi. Był świeżo po ślubie, ale małżonka mieszkała jeszcze ze swoją matką. Dlaczego – nie wiadomo. Ludzie plotkowali na ten temat, ale śledczy nie ciągnęli tego wątku, ponieważ nie miał on nic wspólnego ze sprawą.

1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze