Cykliści pojawili się w Warszawie po raz pierwszy 6 czerwca 1869 roku, gdy w ogrodzie Krasińskich zorganizowano dla nich wyścigi, będące właściwie pokazem tych niezwykłych maszyn. Początkowo próbowali jazdy w ustronnych miejscach bądź poza miastem. Na poruszanie się w jego obrębie oberpolicmajster zgodził się dopiero w 1896 roku, wydając stosowne przepisy.

Mimo, że rowerzyści musieli zdawać egzaminy z zasad ruchu drogowego (oni pierwsi!) przed kapitanami Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów, ale i tak przez pierwszy miesiąc – od 29 marca, gdy dostali wolną rękę na jazdę po mieście – bilans wypadków z ich udziałem był dość wysoki. Amatorzy nowego środka lokomocji poturbowali 5 przechodniów, a jeden sam stał się ofiarą: wpadła na niego dorożka, powodując rany głowy. Chociaż przepisy wydane przez oberpolicmajstra przewidywały odpowiedzialność karną, a także pozbawienie rowerowego „prawa jazdy”, w gazetach nic o tym nie pisano. Procesu sądowego też chyba nie było na tym tle, także i później, bo „Gazeta Sądowa Warszawska”, która wyławiała tego typu precedensy jurydyczne i ciekawostkowe, milczała w tym względzie.

Rzecz dziwna, ale pojawienie się po raz pierwszy automobilu na ulicach stolicy odbiło się mniejszym echem w prasie, niż pojawienie się tramwaju, a nawet roweru.

Próbna jazda „powozu systemu Benza”, która odbyła się 25 sierpnia 1896 roku na Senatorskiej między Bielańską a placem Bankowym, zgromadziła wprawdzie gapiów, ale wiadomość o tym fakcie „Kurier Warszawski” zamieścił na czwartej kolumnie; wtłoczono ją pomiędzy inne, podrzędne informacje. „O znaczeniu samochodów na Zachodzie, o zastosowaniu ich do ulepszonej komunikacji podmiejskiej i o możliwym wprowadzeniu u nas, pomówimy po ukończeniu prób” – napisał sprawozdawca „Kuriera” ostrożnie, jakby nie dowierzając, że do czegoś takiego dojdzie.

W dwa dni później gazeta podała dalsze szczegóły. Poinformowała, że zwracający od paru dni uwagę mieszkańców miasta „powóz-samochód, mknący bez koni po ulicach wśród najbardziej ożywionego ruchu drogowego, osiąga około 20 wiorst na godzinę”. W ciągu 14 dni prób okazało się, że „ekwipaż przyszłości, może nawet bardzo niedalekiej – jak teraz pisano, chociaż wciąż jeszcze na dalszych stronach „Kuriera” – przewyższa bieg dobrych koni”, bo odległość 16 wiorst do Jabłonny pokonał w ciągu 48 minut, a więc jechał tylko 5 minut dłużej niż kolej nadwiślańska.

Jeszcze we wrześniu znalazł się klient, który jako pierwszy w firmie „Grodzki” nabył ową nowość wprost z Paryża. Był nim przedsiębiorca Karol Temler, współwłaściciel garbarni K.Temler i A.Szwede. Dopiero jednak gdy w maju następnego roku Stanisław Grodzki przejechał 60 wiorst na trasie Jabłonna-Nowy Dwór-Modlin-Zakroczym w ciągu 3 godzin i 20 minut, a potem w lipcu pojechał swoim autem etapami po 120-170 km wprost do Paryża, pokonując tę trasę w ciągu 17 dni – Warszawa dosłownie oszalała na punkcie samochodów. Zainteresowanie prasy sięgnęło zenitu, a posiadanie automobilu zaczęło uchodzić za szczyt elegancji.

 

Snobistyczny „palacz”, jak nazywano początkowo szofera (z franc. chauffeur) – książę de Bourbon, który zakupił pojazd u Grodzkiego – jeździł nim po ulicach Warszawy i był żywą reklamą. „Nosi kostium stylowy palacza francuskiego: kurtkę skórzaną czarną paryską, spodnie obcisłe z popielatego sukna zakończone u kolan i wpuszczone w skórzane żółte getry sznurowane, które również opinają czerwone obuwie. Na głowie czapka ciemnogranatowa, z dużym daszkiem osłaniającym oczy, dopełnia kostiumu” – zachwycał się dziennikarz „Sportu”.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze