Nie potrzeba szklanej kuli, czarnego kota czy tajemnych zaklęć. Wystarczy wiara w nadprzyrodzone moce i odpowiednia ilość gotówki. Chętnych nie brakuje.

 

Wydawać by się mogło, że w XXI wieku tego typu praktyki nie budzą już zainteresowania. Przynajmniej w Europie. Tymczasem wystarczy wpisać w przeglądarkę internetową hasło „wróżka”, a pojawi się wiele ogłoszeń osób, które chętnie opowiedzą o czekającej nas przyszłości. Nie tylko pomogą podjąć decyzję w sprawach zawodowych czy miłosnych, ale także przestrzegą przed nieszczęściami czy chorobami. Na seans można udać się osobiście albo poprosić o przesłanie wróżby mailem. Ceny takich usług są zróżnicowane: od 30 do ponad 200 złotych; zależą od lokalizacji, renomy „specjalistki”, długości wizyty i liczby zadanych pytań. Często usługa nie jest „dostępna” od ręki. Chwyt marketingowy? Raczej duża popularność!

Największym wzięciem cieszą się wróżki z tzw. polecenia („koleżanka była i dużo się sprawdziło”). W ostatnich latach, modne stały się też wróżby online. Ten sposób komunikowania się zapewnia pełną anonimowość spragnionym poznania swojej przyszłości. Chociaż nie wszyscy mają na nią ochotę, ponieważ wierzą, że bezpośredni kontakt jest lepszy. Zwłaszcza jeśli trzeba „odczarować” rzeczywistość.

 

Nadprzyrodzone moce

Niepozorna, niska, szczupła blondynka – Beata P. wzbudzała zaufanie. Katarzyna R. poznała ją przez swoją kuzynkę, która korzystała z jej usług, w lipcu 2011 roku. Niepokoił ją stan zdrowia dzieci. Niby wszystko było dobrze, ale siedmioletnia córka moczyła się w nocy, a syn miał problemy z jedzeniem, przez co był przesadnie szczupły.

– Beata powiedziała, że widzi więcej niż inni – zeznała później Katarzyna R. – Bez wahania oznajmiła, że dzieciom grozi choroba nowotworowa.

Dobrze wiedziała, jakie wrażenie może zrobić taka wiadomość na matce. Powiedziała, że ma nadprzyrodzone moce, które mogą uchronić jej dzieci, ale to kosztuje…

Kobiety były w stałym kontakcie telefonicznym. Do dłuższej rozmowy na temat „życiowych problemów” doszło tylko podczas pierwszego spotkania, potem widywały się w różnych miejscach, właściwie tylko po to, by Katarzyna R. przekazała pieniądze, aby „choroba nie postępowała”.

– Za pierwszą wizytę zapłaciłam 200 czy 300 złotych. Już nie pamiętam – mówiła Katarzyna R. – Potem kwoty lawinowo rosły. Wydałam wszystkie oszczędności. Zapożyczyłam się u rodziny, wzięłam nawet kredyt. Byłam o włos od zaciągnięcia hipoteki pod zastaw domu. Mąż o niczym nie wiedział.

Tajemnicę udało się utrzymać przez rok. Później mąż Katarzyny R., Jarosław – złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Zgłosił kradzież, nie wiedział bowiem, że pieniądze z działalności wspólnie prowadzonej firmy bierze żona. Nie zatrzymało to jednak Katarzyny R., która nadal płaciła znachorce.

 

***

Śledczy ustalili, że oszustce wystarczył niespełna rok, by wyłudzić od Katarzyny R. 550 tysięcy złotych! Sprawa trafiła do sądu. Niewinnie wyglądająca Beata P. nie przyznała się jednak do winy. Kobieta odmówiła składania wyjaśnień i udzielania odpowiedzi na pytania stron.

– Złożę oświadczenie, jak sąd przesłucha wszystkich świadków w tej sprawie – oznajmiła beznamiętnym głosem.

Jako pierwsza zeznawała Katarzyna R. Sąd uwzględnił wniosek jej pełnomocnika, by Beata P. opuściła salę rozpraw. Chodziło o to, że oskarżona miała cały czas duży wpływ na pokrzywdzoną.

Wśród świadków, których przesłuchiwał prokurator, były osoby zadowolone z „usług” wróżki Beaty. Ponoć jednej z nich kobieta przewidziała śmierć bliskiej osoby i wróżba się spełniła. Inni potwierdzali, że przedstawiała się jako znachorka, wróżbitka, szamanka, bioenergoterapeutka.

– Owszem zajmowałam się wróżeniem ludziom z kart, a oni zostawiali mi za to symboliczny grosik – wyjaśniała. – Nie brałam żadnych pieniędzy od osób szukających u mnie pomocy. Zawsze uprzedzałam, że karty to w dużej mierze ludzka podświadomość, a to, co powiem, może, ale nie musi się sprawdzić.

Oczywiście śledczy sprawdzili konto Beaty P. Był na nich spory przepływ znacznych kwot pieniędzy. Nadawcami przelewów były różne osoby. Na pytanie skąd ma takie sumy, odpowiedziała bez mrugnięcia okiem: – To wygrane w totolotka. Sama je sobie wpłacałam pod fałszywymi nazwiskami, aby mieć większy obrót na koncie. Kobieta przechwalała się swoimi matematycznymi zdolnościami, pomagającymi w odgadnięciu „szczęśliwych” liczb.

– Kiedyś często wygrywałam, bywało, że i codziennie. Teraz rzadziej. To wszystko przez stres związany z oskarżeniem i procesem – wyznała Beata P. Na potwierdzenie swoich słów – a raczej zdolności – pokazała sądowi kilkaset stron z tworzonymi przez siebie tabelami. Oznajmiła, że w ten sposób analizuje i typuje liczby w grach liczbowych.

– Kto by płacił za wróżenie kilka tysięcy złotych? – pytała z kpiną w głosie Beata P. – Zresztą nie mam nawet wróżbiarskich akcesoriów. Jak ktoś mnie poprosi, to mogę ułożyć pasjansa, coś doradzić czy porozmawiać o parapsychologii i kadzidełkach. Nie robiłam tego dla pieniędzy. Kto chciał, mógł wrzucić symboliczny grosik do skarbonki.

 

Kobieta konsekwentnie nie przyznawała się do winy. Zmieniała tylko linię obrony, ale żadna z podanych przez nią wersji nie była wiarygodna. Tłumaczyła także, że finansowo pomaga jej brat. Pieniądze miały też pochodzić z alimentów, jakie dostaje na dziecko. Od czasu do czasu były mąż dorzuci coś ekstra. Wysokie sumy na koncie, pochodzące od Katarzyny R. tłumaczyła: – Katarzyna R. zgłosiła się do mnie z problemami małżeńskimi. Prosiła o poradę. Ułożyłam jej pasjansa, aby sprawdzić, czy ma się rozwieść, czy nie. Chciała ułożyć sobie życie na nowo, a pieniądze na start „przechowywała” u mnie. Ukrywała je przed mężem. Wpłacała mi też na konto pieniądze wygrane w grach liczbowych w zamian za podanie jej „szczęśliwych” liczb.

Część wyjaśnień Beaty P. potwierdziła przed sądem jej przyjaciółka: – Z tego co wiem, Beata tylko przechowywała pieniądze dla Katarzyny R., która szykowała się do rozwodu. Dlatego w tajemnicy przed mężem gromadziła gotówkę. Pieniądze pożyczała nawet od rodziny i wzięła kredyt. W ten sposób chciała zabezpieczyć się na przyszłość, mieć na utrzymanie siebie i kochanka. Mówiła, że mąż ją bije i znęca się psychicznie i że ma już dość takiego życia. Beata miała podobne traumatyczne doświadczenia, dlatego błyskawicznie wczuła się w sytuację Katarzyny. Mocno się zżyły, już na pierwszym spotkaniu. Beata przyjmowała i „przechowywała” pieniądze. Chciała pomóc, ale kiedy okazało się, że ma oszukać męża Katarzyny R. i powiedzieć, że pieniądze bierze dla siebie, postanowiła skończyć z tym cyrkiem i oddała gotówkę. Sama widziałam, jak przekazuje reklamówkę pełną pieniędzy. Nie wiem, ile tam mogło być – 30, 40 tysięcy złotych?

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze