Niedaleko Białegostoku w Puszczy Knyszyńskiej w okolicy jeziora Komosa, żył stelmach nazywany „Rudobrodym”. Był to człowiek pracowity, dlatego szybko dorobił się domu i sporego kawałka ziemi. Do pełni szczęścia brakowało mu jedynie kobiety. Znalezienie ukochanej komplikował fakt, że „Rudobrody” był wyjątkowo nieśmiały. Czego nie można było powiedzieć o jego bracie – lekkoduchu o imieniu Zbyszko.

Pewnej wiosny „Rudobrody” zobaczył nad brzegiem jeziora cud urody niewiastę. Zakochał się od pierwszego wejrzenia, ale wrodzona nieśmiałość nie pozwoliła mu powiedzieć jej o swym uczuciu. Tego problemu nie miał Zbyszko, który także niedługo potem poznał piękną Helenę. Para bardzo przypadła sobie do gustu. Zbyszko postanowił się ustatkować i pojąć Helenę za żonę. Ojciec dziewczyny jednak nie chciał słyszeć o małżeństwie, bo kandydat na zięcia nie miał złamanego grosza przy duszy. Zakazał więc córce spotykania się z chłopakiem. Kochankowie jednak zignorowali polecenie i potajemnie spotykali się na górce porośniętej brzeziną, tuż przy samym brzegu jeziora Komosa.

Tymczasem „Rudobrodego” zżerała zazdrość, bo nadal obłędnie, choć platonicznie, kochał się w Helenie. Doszło do tego, że podglądał kochanków w ich miejscu schadzek! Widok ukochanej w ramionach brata sprawiał mu wręcz fizyczny ból. Pewnej jesiennej nocy doszedł do wniosku, że tylko śmierć jest w stanie uwolnić go od tego cierpienia. Kupił sznur i postanowił się powiesić. Wybrał nawet drzewo, na którym planował zawisnąć. Jednak im dłużej o tym myślał, tym bardziej obawiał się tego, co go spotka w piekle za popełnienie samobójstwo. Zdecydował się zmienić swój plan. Postanowił zabić brata i postarać się o rękę Heleny. Następnej nocy zaczaił się za drzewem w pobliżu miejsca spotkań kochanków. Czekał na Zbyszka, trzymając w ręku spory kamień… Kiedy usłyszał kroki, przygotował się do ataku. W momencie, gdy postać zbliżyła się do miejsca jego kryjówki, zaatakował. Trzask pękającej czaszki odbił się echem od tafli jeziora. Po chwili przed „Rudobrodym” leżało ciało… Heleny. Od tamtego dnia nikt więcej nie widział „Rudobrodego”. Jakby rozpłynął się w powietrzu, zostawiając na ziemi wszystkie swoje dobra. Po dziś dzień nad jeziorem Komosa można usłyszeć rzewny płacz i rozdzierający krzyk. Odgłosy dobiegają z niewielkiej, zarośniętej wyspy, znajdującej się na jeziorze.

 

Agnieszka Kozak

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze