Po czterech godzinach przewracania się z boku na bok, Joanna przestała walczyć z bezsennością. Spojrzała z zazdrością na pochrapującego na drugiej podusze Michała. Widocznie faceci tak mają – nawet kiedy się martwią, to muszą się wyspać, najeść, a nawet pooglądać mecz w telewizji. Ona by tak nie mogła.

Po chwili jednak wzrok jej złagodniał. Niech sobie jednak pośpi, tyle jego. Na równi z nią przeżywał tę całą nienormalną sytuację. W dodatku zasuwał w barze od rana do wieczora, podczas gdy ona spotykała się z prawnikami.

 

* * *

Właścicielami baru z kiełbaskami, frytkami i colą zostali trochę przez przypadek. Kiedy trzy lata temu pobrali się i kończyli studia (ona pedagogikę, on geografię), oboje mieli zupełnie inne plany. Chcieli pracować w wyuczonych zawodach.

Michał codziennie bezskutecznie przerzucał w prasie i internecie oferty zatrudnienia. Z coraz mniejszym jednak przekonaniem, bo pracy dla niego nie było. Wydawało się natomiast, że szczęście uśmiechnęło się do Joanny.

W domu kultury w N., skąd oboje pochodzili, zwolnił się właśnie etat. Joanna złożyła więc w kadrach komplet dokumentów, licząc, że władzy zwierzchniej, czyli wójtowi gminy, spodoba się jej pełna rozmachu oferta i zostanie zaakceptowana.

Miała bowiem śmiały pomysł na przekształcenie z pomocą unijnych środków małej wiejskiej placówki kulturalnej w nowoczesny prężny ośrodek, do którego ściągaliby artyści i inni ciekawi ludzie z całego regionu, a nawet z całej Polski.

Niestety, władza zwierzchnia nie doceniła nowatorskiej myśli. Wybrana została znacznie mniej oryginalna oferta. Ale, jak się wkrótce okazało, złożyła ją siostrzenica przewodniczącego rady gminy. Joanna boleśnie przeżyła porażkę. Była jednak bezsilna, bo nie od dziś wiadomo, że na układy (zwłaszcza te lokalne) nie ma rady. Wyleczyła się też raz na zawsze z ideałów.

 

* * *

Z czegoś jednak musieli żyć, a nie uśmiechało im się dalsze pozostawanie na garnuszku niebogatych rodziców. Michał odziedziczył po babci nieduże gospodarstwo i w związku z tym młodzi coraz częściej myśleli o uruchomieniu jakiegoś biznesu. Grunt był marnej jakości, na dodatek działka znajdowała się tuż przy ruchliwej międzynarodowej trasie.

Uprawa roli raczej więc nie wchodziła w grę. Bardziej sensownym rozwiązaniem mógł być handel. Szkopuł w tym, że w sąsiedniej wsi niedawno otwarto duży supermarket, w którym zaczęła zaopatrywać się niemal cała gmina.

– No cóż, raczej nie podskoczymy takiemu kolosowi – stwierdziła Joanna, po czym dodała: – Słuchaj, Michał, a co byś powiedział na bar? Na początek coś niedużego: kiełbaski, frytki i takie tam…

Pomysł nie był głupi. Punkt małej gastronomii przy ruchliwej drodze to coś, przy czym mogliby się zatrzymywać zgłodniali kierowcy. Michał aż się zdziwił, że on sam na to nie wpadł. Tak czy inaczej, po dwóch tygodniach, które pozostawili sobie na zastanowienie się oraz, rozważenie wszystkich „za” i „przeciw” uznali, że świat należy do odważnych i od słów przeszli do czynów.

Jako że oboje należeli do ludzi energicznych i przebojowych, w ciągu niespełna roku zrealizowali swoje zamierzenie. Bar (nazwali go „Jomi”) urządzili w dwóch używanych przyczepach campingowych, które udało im się kupić niemal za półdarmo. Naturalnie, to było rozwiązanie tymczasowe. Na początek, kiedy jest najciężej. Potem zamierzali urządzić lokal z prawdziwego zdarzenia, być może nawet zaadaptować w tym celu drewnianą chałupę po babci i podawać w niej smaczne, regionalne potrawy.

 

Na razie jednak serwowali przede wszystkim dania z mikrofalówki: kiełbaski, udka drobiowe i kaszankę. Do tego frytki, cola, kawa, herbata. Całkiem dobrze to się sprzedawało, z miesiąca na miesiąc mieli coraz więcej stałych klientów. W drugim roku działalności Joanna (ona była tu szefem) nawiązała na niezwykle korzystnych warunkach kontakty handlowe z hurtownią artykułów spożywczych w pobliskim S. Jej właściciel, Robert R., był wręcz zachwycony możliwością współpracy z barem, o którym mówiło się w okolicy, że można w nim zjeść nie tylko smacznie i tanio, ale również nie ryzykując wizyty u gastrologa.

 

* * *

Ich kłopoty zaczęły się nagle, praktycznie biorąc – z dnia na dzień. Wśród pliku urzędowej poczty Joanna znalazła dość nieoczekiwaną przesyłkę. Było to pismo z sądu rejonowego w L. Dane na kopercie były prawidłowe, więc nie mogło być mowy o pomyłce listonosza.

– Narozrabiałeś gdzieś? – spytała Joanna męża.

– Mógłbym cię o to samo zapytać – odparł i dodał, żeby łaskawie otworzyła i zobaczyła co jest w środku. Inaczej domysły będą mogli snuć bez końca, a chyba szkoda na to czasu.

– A niech to! – żachnęła się, gdy przebiegła wzrokiem tekst pisma. – W życiu nie spotkałam się z większą bzdurą. Czy w tych sądach zatrudniają osoby bodaj po maturze?

Oburzenie było w pełni uzasadnione. Sądowe pismo okazało się bowiem nakazem płatniczym, wzywającym do niezwłocznego uiszczenia kwoty w wysokości pond 4 tysięcy złotych, tytułem uregulowania należności za artykuły spożywcze (tu wymieniono, jakie konkretnie) pobrane z hurtowni, należącej do pana Roberta R., zameldowanego w S.…

– Przecież zawsze płaciliśmy bezpośrednio po zakupie, parę razy nawet gotówką – zauważył ze zdziwieniem Michał. – A może było inaczej?

– Nie wydaje mi się, ale trzeba to sprawdzić.

Do późnej nocy ślęczeli nad fakturami, po dwa razy sprawdzając każdą z nich. Wreszcie odetchnęli z ulgą. Okazało się, że nie mają wobec hurtowni żadnych zaległości płatniczych. To samo dotyczyło innych firm, z którymi łączyły ich stosunki handlowe. Dokładnie też obejrzeli opatrzony pieczęciami sądowy druk.  Z całą pewnością był to autentyczny dokument.

– Co w takim razie oznacza to pismo? – zastanawiał się Michał. Joanna odparła, że teraz czas iść spać, a jutro zadzwoni do Roberta i spróbuje wspólnie z nim wyjaśnić nieporozumienie. Bo niczym innym nakaz płatniczy być nie może.

Robert R. był tak samo zdziwiony i oburzony jak oni. Ne miał pojęcia, jak doszło do tego, że sąd wydał wyrok, nakazujący jego przyjaciołom płacić mu za coś, za co już zapłacili. Prawdziwy czeski film.

– Postaram się to szybko wyjaśnić, jest mi jeszcze bardziej głupio niż wam – powiedział. – No ale głowa do góry, nie łamcie się. Pomyłki wszędzie się zdarzają.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze