Wenecja, plac św. Marka. Pan Tadeusz miał już dość spacerowania mostami i mostkami, które przerzucono nad dziesiątkami kanałów słynnego miasta. Została mu jeszcze godzina do odpłynięcia promem na terminal Tronchetto. Godzina, którą na zawsze zapamiętał…

Siedział na wprost Pałacu Dożów, a raczej bramy, przez którą miał widok na wewnętrzny dziedziniec i „Schody Gigantów”. To właśnie tutaj nowo wybrany doża przez wieki składał przysięgę na wierność Serenissimy (Najjaśniejszej Republiki Weneckiej). Do pałacu przylegała wielka Bazylika św. Marka, przykład katolickiej podwójnej moralności. Przez wieki bowiem upiększano ją rzeźbami, obrazami i precjozami, które najzwyczajniej w świecie… kradziono z kościołów i pałaców podbitych republik i królestw.

Podobno ludzki umysł łączy najodleglejsze i najdziwniejsze fakty, i jedne wysnuwa z drugich. Może dlatego kradzieże Wenecjan, jakże przez wieki dumnych ze swojego przywiązania do nauk Chrystusa, zestawił z zapiskami, które tego ranka otrzymał mailem od syna urodzonej przed wojną kobiety, którą w myślach nazwał „Hrabiną”.

Owa kobieta skojarzyła mu się zaś ze starszą Wenecjanką, która w upalne popołudnie zmierzała przez tłum turystów i najwyraźniej szukała miejsca na odpoczynek. Włoszka była elegancko, choć staroświecko ubrana. W jej stroju czuć było dawny szyk, a sposób poruszania wskazywał na dystyngowaną osobę, której być może doskwiera artretyzm.

Stąd może utykanie podczas chodzenia? Starsza pani nieoczekiwanie zatrzymała wzrok na jego osobie i zajmującej miejsce obok kobiecie. Hiszpanka również dostrzegła to spojrzenie i przesunęła się w bok. Zrobił to samo i tak oto „wygospodarowano” na kamiennej ławce ciasnawe miejsce do chwilowego odpoczynku.

Grazie.

„Dziękuję”, które wypowiedziała starsza dama, było rzucone gdzieś w przestań i jak należało się domyślić, było przeznaczone zarówno dla niego, jak i śniadej 30-latki. Gdy Wenecjanka rozsiadła się w miarę wygodnie, poczuł zapach naftaliny, tak charakterystyczny dla starszych ludzi, którzy garderobę, utkaną z dobrych gatunków tkanin, próbują chronić przed molami.

 

Hrabina

Kiedy tego dnia pan Tadeusz jechał do Wenecji, przejrzał w autokarze nadesłane z Polski mailem fragmenty pamiętnika. Zapach naftaliny przywołał również na myśl wspomnienie sprzed niemal 30 lat. Wówczas to miał okazję poznać  pewną hrabinę. Jednak historii jej życia trudno szukać w rodowych zapiskach dawnych szlacheckich rodzin. Dlaczego?

Pod koniec lat 90.  poprzedniego wieku zjawił się w Krakowie. Po wielu wcześniejszych rozmowach telefonicznych zdołał wreszcie namówić panią Eleonorę na spotkanie. Kamienica, w której mieszkała, była stara, przedwojenna, a być może  pamiętała nawet czasy cesarza Franciszka Józefa? Pamiętał, jak stanął przed starą bramą i podniósł oczy w kierunku  okna na pierwszym piętrze, w którym paliło się światło. W swoich  notatkach zapisał jakiś czas później:

„Kiedy zadzwoniłem do drzwi, otworzyła mi starsza, dystyngowana dama. Hrabina, pomyślałem. Obrzuciła mnie krótkim i uważnym spojrzeniem, a ja odniosłem wrażenie, że zostałem prześwietlony promieniami rentgenowskimi. Zostałem zaproszony do środka. Przeszliśmy przez przedpokój.

– Widzę, że podziwia pan mój „Cyklamen” – stwierdziła gospodyni, gdy zwróciłem uwagę na oprawiony w ramy haft, który przedstawiał powyginaną, wężowatą żółtą roślinę na niebieskawym tle. – Niestety, to tylko kopia Obrista.

Przeszliśmy do salonu. Zapadłem miękko w skórzany fotel. Wkrótce po pokoju rozszedł się aromatyczny zapach herbaty. Czułem w powietrzu jeszcze jeden zapach. Dopiero po  chwili zorientowałem się, że to  naftalina.

 

Zacząłem rozmawiać z panią Eleonorą o jej młodzieńczych latach  i czasie, kiedy rozpoczęła naukę w Lwowskiej Szkole Złodziei Kieszonkowych.”

Przed wojną rodzina „Hrabiny” mieszkała w centrum miasta. Tam, w jednej z dostojnych kamienic jej ojciec, Hieronim N. uchodził za szacownego urzędnika. Co prawda nikt nie wiedział, gdzie jest zatrudniony, ale co bardziej wścibscy lokatorzy uznawali, że najwyraźniej skuteczniej od innych chroni swą prywatność.

Ponieważ miał pieniądze, co było widać choćby po tym, że stać go było na wynajmowanie sześciopokojowego mieszkania na prestiżowym pierwszym piętrze i zatrudnianie służącej oraz pokojówki, nikt nie wnikał, skąd czerpał dochody.

„W tamtych czasach  dzieci z dobrych domów nigdy nie dostawały kieszonkowego. W ogóle takie pojęcie wówczas nie funkcjonowało. A jednak dzieciaki zawsze tęsknie spoglądają w stronę wystaw cukierni czy choćby sprzedawanej za rokiem waty na patyku. Podobnie było i za moich czasów. Ja też miałam podobne marzenia, ale i pusto w kieszonce sukienki.”

W czasie rozmowy pani Eleonora przyznała się, że jako panienka, która chodziła na nauki do sióstr norbertanek na Salwatorze, przy ul. Kościuszki w Krakowie, wbrew kościelnym przykazaniom systematycznie podbierała ojcu pieniądze z portfela.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze