Jak doszło do zatrzymania porywacza w okolicach Friedlandu, niewielkiego miasteczka położonego około stu kilometrów na północ od Szczecina? Pomogła czujność jednego z tutejszych mieszkańców. Zauważył on dziwnie zachowującego się młodego mężczyznę, kręcącego się nieporadnie przy stojącym na poboczu aucie, w którym siedziała smutna, mała dziewczynka. Niemiec od razu zadzwonił po policję i opowiedział o swojej obserwacji. Niedługo potem porywacz był już wieziony na najbliższy posterunek, Maja zaś trafiła do szpitala na obserwację. Miała złamaną nogę.

 

Szybko też wyjaśniła się zagadka znalezionego w lesie buta dziewczynki. Maja zgubiła go podczas nieudanej próby ucieczki, po której porywacz siłą wciągnął ją do samochodu i rzucił na tylne siedzenie.

To wtedy też dziewczynka doznała obrażeń ciała. Jak później przyznała, starała się nie pić i nie jeść tego, czym ją częstował. Istotne jest również to, że jeszcze gdy była w szkole rozładował jej się telefon i dlatego nie mogła z niego skorzystać.

Kim jest człowiek, który przez kilka dni obserwował, co dzieje się w Wołczkowie, by zdecydować się na kidnaping? Człowiek, który kilka dni wcześniej potrącił w Berlinie jadącą rowerem kobietę i ukradł jej karty do bankomatu?

Adrian M. jest doskonale znany nie tylko polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Swego czasu pisały o nim gazety i portale internetowe na Wyspach Brytyjskich, gdzie żył od wielu lat. Tam trafił za kratki – wyrok sądu w Leeds co prawda skazał go na osiemnaście miesięcy więzienia, ale odsiedział zaledwie siedem. Później brytyjskie władze zadecydowały o deportacji Polaka do rodzinnego kraju.

Adrian M. ów wyrok usłyszał za… uprowadzenie dziecka. Wtedy jego ofiarą była dziewięciolatka. Zwabił ją, obiecując spotkanie z tatą. „Przejażdżka” zakończyła się po trzech godzinach, auto prowadzone przez mężczyznę zatrzymał do kontroli policyjny patrol. Porywacz tłumaczył wtedy, że dziecko samo zgodziło się na podróż z nim. Z kolei bliscy Adriana M. zgłaszali policji, że nie mają z nim kontaktu i że ma on problemy ze zdrowiem psychicznym. Wydalony do Polski, najpierw zatrzymał się w Toruniu, jednak ostatecznie postanowił żyć w Berlinie.

 

***

Kiedy trzydziestolatek wpadł w ręce niemieckich funkcjonariuszy na miejsce od razu pojechali polscy śledczy. Postanowiono, że zostanie on przekazany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Doszło do tego już osiem dni później, w obecności mediów, w Kołbaskowie, gdzie przed wejściem Polski do strefy Schengen znajdowało się oficjalne przejście graniczne. W tym przypadku okazało się, że jeśli tylko się chce, można działać szybko, bez zbędnego przeciągania procedur. Adrian M. przyznał w prokuraturze, że owszem, zabrał Maję, ale miała to być tylko przejażdżka, po której zamierzał odwieźć dziewczynkę z powrotem do Wołczkowa.

Zarzuty, jakie usłyszał porywacz, były poważne. Dotyczyły nie tylko uprowadzenia, ale i spowodowania u dziesięciolatki obrażeń ciała.

Adrian M. ponad rok spędził w areszcie, poddawany obserwacjom biegłych. W tym czasie prokuratura okręgowa zakończyła śledztwo. Jednak tej niezwykle głośnej sprawy nie zwieńczył akt oskarżenia, tylko wniosek, aby z uwagi na chorobę mężczyznę umieścić go w zakładzie psychiatrycznym. Sąd na niejawnym posiedzeniu przychylił się do tego wniosku. Uznano, że w czasie, gdy planował i dokonał przestępstwa, Adrian M. był niepoczytalny.

 

***

System Child Alert uruchomiono w naszym kraju podczas poszukiwań Mai po raz pierwszy od czasu, gdy pojawiła się taka możliwość, czyli od listopada 2013 roku. Child Alert wdrożono dwanaście godzin po tym, kiedy policja otrzymała sygnał o zaginięciu małej mieszkanki Wołczkowa. Odzew był natychmiastowy – na bezpłatny numer wpłynęło 225 informacji.

Później jeszcze tylko raz zdecydowano się wszcząć Child Alert – w listopadzie 2015 roku, kiedy dramatyczne sceny rozegrały się pod jednym z bloków w Radomiu. Tam, na oczach matki, uprowadzony został trzyletni Fabian. Okazało się, że trzy osoby, które zaangażowały się w porwanie dziecka, działały na polecenie jego ojca. Tata Fabiana zadzwonił do jednej z ogólnopolskich stacji radiowych i powiedział, że chłopiec jest cały, zdrowy, oraz że znajduje się pod jego opieką. Była to jedna ze szczególnie skomplikowanych spraw rodzinnych.

Child Alert to system powiadamiania o zaginięciu dziecka (o ściśle określonych kryteriach), oparty na idei tzw. social networking, czyli wykorzystania siły zaangażowania społecznego do poszukiwania zaginionego dziecka. Koncepcja jest prosta i polega na umożliwieniu dotarcia jednostce policji prowadzącej poszukiwania do mass mediów na skalę ogólnopolską (oraz w miarę możliwości nawet ponadgraniczną). Dzięki publikacji wizerunku dziecka we wszelkich dostępnych mediach, powiadomione jest społeczeństwo, które w możliwie uproszczony sposób, poprzez numer alarmowy 995 uruchamiany na czas trwania akcji, może przekazywać dostępne informacje na temat zaginionego – wyjaśnia podkomisarz Dawid Marciniak z Zespołu Prasowego Wydziału Prasowo-Informacyjnego Biura Komunikacji Stołecznej Komendy Głównej Policji. – Komunikaty są wyświetlane m.in. na stronach internetowych krajowych i lokalnych portali informacyjnych. Media podejmują współpracę z Komendą Główną Policji dobrowolnie; zawarte zostały porozumienia z głównymi stacjami w Polsce; każda rozgłośnia radiowa, telewizyjna, portal internetowy, gazeta i inne medium może także nawiązać współpracę z policją.

 

W Komendzie Głównej Policji działa Centrum Poszukiwania i Identyfikacji Osób. To tutaj spływają informacje dotyczące poszukiwań. Tutaj sprawy poddawane są analizie i tutaj zapada też decyzja o ewentualnym uruchomieniu systemu Child Alert. Działania mają charakter niejawny. Każda sprawa zaginięcia traktowana jest priorytetowo. Analizowane są wszelkie dostępne informacje. Nawet te, które ostatecznie okazują się nieprawdziwe, bardzo często wskazują, w którym kierunku należy zdążać, by odnaleźć dziecko. Dotąd system uruchomiony został dwukrotnie i dwukrotnie okazał się skuteczny.

 Ewelina Kolanowska

< 1 2

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze