O zabójstwie 82-letniej Józefy Grabarek powiadomił policję jej sąsiad, Marek Kucharczyk. Kwadrans później komisarz Robert Badeński był na miejscu z aspirantem Konradem Majewskim. Piętrowa kamienica, w opłakanym stanie, stała naprzeciwko urzędu skarbowego, w samym centrum miasta.

Nowi właściciele, którzy ją odzyskali przed dwoma laty, obiecywali generalny remont, jednak na obietnicach się kończyło. Najprawdopodobniej przeszkadzała im trójka lokatorów na pierwszym piętrze, którzy ani myśleli dobrowolnie opuścić zajmowanych lokali. Zamordowana kobieta zajmowała środkowe mieszkanie. Po lewej stronie mieszkał Marek Kucharczyk, po prawej Adam Masalak.

Śledczy postanowili przesłuchać obydwu mężczyzn.

– Przeglądałem gazety – zaczął swoją opowieść Marek Kucharczyk. – Miałem całą stertę, nie czytałem nic od tygodnia, bo dopiero wczoraj odebrałem nowe okulary. Poprzednie gdzieś się zapodziały. Nagle usłyszałem dochodzący zza ściany krzyk pani Grabarek. To był taki bezradny głos, dramatyczny, wołający o pomoc. Strach mnie obleciał, ale pomyślałem, że muszę sprawdzić, co się u niej dzieje. Narzuciłem szlafrok na piżamę, założyłem klapki, bo na klatce schodowej wieje chłodem. Kiedy otworzyłem drzwi, zobaczyłem jakiegoś mężczyznę zbiegającego po schodach. Jak nic to musiał być on, to znaczy morderca.

– Skąd pan wie, że to on był zabójcą?

– Skąd? Skąd? To chyba jasne. Najpierw starsza pani krzyczała, potem ktoś uciekał na dół. Nie trzeba być detektywem, żeby od razu skojarzyć te dwie rzeczy… Wszedłem do mieszkania pani Grabarek. Leżała na łóżku, nie dawała oznak życia, chyba została uduszona. Nie miałem rękawiczek, więc niewykluczone, że znajdziecie na jej ciele odciski moich palców. Szufladki komody były otwarte, pewnie rabuś coś zabrał i uciekł.

– A miał co zabrać? Mieszkanie denatki nie wygląda na oazę luksusu.

– Na pierwszy rzut oka może nie, ale starsi ludzie zazwyczaj mają jakieś zaskórniaki. Ona była bardzo ostrożną osobą. Ze swojego mieszkania zrobiła twierdzę. Zawsze zamykała drzwi wejściowe na dwie zasuwy, łańcuch i przedwojenny zamek na klucz. Podobno nie można do niego dorobić klucza, to jakiś unikat. Tak przynajmniej opowiadał poprzedni właściciel, który wyprowadził się stamtąd przed dziesięcioma laty.

– Nie zdziwiło pana, że starsza, samotna, ostrożna osoba wpuściła kogoś nieznajomego do mieszkania o tak późnej porze?

– Może to był ktoś bliski, nie znam jej koligacji rodzinnych. Ale niech pan zobaczy, podejrzewam, że rabuś wszedł przez niezamknięte okno balkonowe. Obok rośnie spore drzewo, dla wysportowanego faceta to żadna przeszkoda…

Po zakończonej rozmowie policjanci zapukali do mieszkania drugiego sąsiada.

– Siedziałem nad stertami dokumentów, bo wypełniałem zeznanie podatkowe za ostatni rok – relacjonował Adam Masalak. – Wiem, że może to za mnie zrobić urząd skarbowy, ale to nie dla mnie. Zarabiałem trochę na wynajmie drugiego mieszkania, muszę sam zadeklarować dochód i odprowadzić podatek. Wiem, że niektórzy wynajmują „na czarno”, ale ja robię wszystko legalnie. Spisać umowę, a w razie problemów eksmitować nierzetelnych lokatorów. No więc siedziałem u siebie w gabinecie, miałem słuchawki na uszach i niestety nic nie słyszałem. Nie ma chyba w tym nic dziwnego. Nic więcej nie potrafię powiedzieć.

– Szkoda, niewiele pan nam pomógł.

Śledczy wyszli na klatkę schodową. Chyba mieli zamiar zejść do radiowozu, ale komisarz nagle zatrzymał się, zanim postawił pierwszy krok na schodach.

– Chyba wiem, kto zamordował tę kobietę! – stwierdził. – To będzie krótkie i łatwe śledztwo.

Blefował czy miał rację?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze