Spotkaliśmy się na jednym z wernisaży. Ktoś nas sobie przedstawił, stuknęliśmy się kieliszkami wina i wymieniliśmy kilka obojętnych zdań.

Ponownie los zderzył nas kilka tygodni później. Kolejna wystawa, miłe zaskoczenie, „Fajnie cię znowu widzieć”, znowu kieliszek wina, ale tym razem w pobliskiej kawiarni. Po raz trzeci los stawia mnie na drodze mężczyzny XXXL trzy miesiące później.

– Hej, co tu robisz? – uśmiecham się szeroko na widok tłuściocha.

Facet wita się ze mną już z mniejszym dystansem, ale dopiero pół roku później, po nastu kawach i wychylonych w tym czasie kilku butelkach wina (na koszt wystawiających swoje prace w galeriach artystów) nieco zbliżamy się do siebie. Ale tylko nieco. Jednak to wystarczyło, bym dowiedział się, że początkowo podejrzewał, że jestem policyjną wtyką. Cholera, czy ja wyglądam na gliniarza?

– Jestem dziennikarzem i interesuję się sztuką – mówię. – Ot, i cała tajemnica, dlaczego tak często na siebie wpadamy.

Wymieniamy się telefonami.

Czy nasze spotkania były przypadkowe? Nie do końca. Od dłuższego czasu interesowałem się fałszerzami dzieł sztuki. Chciałem dotrzeć do któregoś z nich, poznać techniki pracy. Żaden z nich nie pracuje na swoje nazwisko. O fałszerzach
nie mówi się głośno. Nikt  nie wie, jak bardzo dobrzy są w swoim fachu. Dlatego pomyślałem, że któryś będzie chciał się „pochwalić” swoimi umiejętnościami. Bez wątpienia to artyści przez duże „A”. Jak mówi mój przyjaciel: – Nie tylko potrafią malować, ale jeszcze zrobić to w taki sposób, że wierzysz, że oglądasz prawdziwego Leonarda da Vinci. To już jest jazda bez trzymanki.

Podobno Polacy są jednymi z lepszych kopistów, a ceny ich obrazów osiągają na europejskim rynku wysokie kwoty.

– Jak wysokie? – spytałem jakiś czas wcześniej Jean-
-Pierre’a Jouany’ego z marsylskiej centrali Interpolu, który specjalizuje się w europejskim rynku podrabianej i kradzionej sztuki z Europy Środkowo-Wschodniej.

– Od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy euro. Fałszerz dużej klasy stoi znacznie wyżej od wyrobnika zatrudnianego przez międzynarodowych oszustów w handlu antykami czy malarstwem. Jest prawdziwym artystą w duchu i rzemiośle swej sztuki. W tym miejscu warto wspomnieć, że tacy ludzie mogą pochwalić się sławnymi „przodkami”. Michał Anioł nie stronił w sztuce od podejrzanych machinacji. Rubens służył pędzlem każdemu możnemu zleceniodawcy i za odpowiednią opłatą podrabiał obrazy innych malarzy i wykonywał kopie; Andrea del Sarto namalował na zamówienie obraz dobrze już wówczas znanego Raffaella Santi, nazywanego dziś genialnym Rafaelem. A wracając do ceny, o której wspomniałeś – jeżeli fałszerzowi uda się wykonać łudząco podobną kopię, cena jest wtedy bardzo wysoka. A jeszcze wyższa, gdy np. obraz jest postarzany i do jego wykonania użyto materiałów z czasów, w których powinien zostać namalowany. W takich wypadkach, chociaż większą część zysku zagarnie handlarz lub pośrednik, fałszerzowi i tak przypadnie honorarium stokrotnie wynagradzające włożony trud.

Wracając do faceta XXXL… Wiedziałem, że prowadził galerię w stolicy, gdzie sprzedawał stare obrazy. Specjalizował się w handlu malarstwem polskim końca XIX wieku i dwudziestolecia międzywojennego. Półtora roku po pierwszym spotkaniu przekraczam próg jego przybytku. To też wygląda na przypadek, chociaż przypadkiem nie jest. Chciałem mu się tylko przypomnieć. Po krótkiej rozmowie wychodzę i zastanawiam się, czy XXXL wykręci mój numer telefonu?

Wspólny interes

XXXL dzwoni do mnie pewnego dnia i pyta, czy nadal interesuję się kopistami, jak delikatnie określa fałszerzy. Jasne, odpowiadam, starając się ukryć w swoim głosie entuzjazm. A zatem rzucone wiele miesięcy temu ziarno zaczyna kiełkować.

Spotykamy się w jednej z warszawskich restauracji. Fecet mówi, że miałby mi do opowiedzenia coś interesującego. Pyta: – Co ja z tego będę miał? Więc tu leży pies pogrzebany. Nic za darmo!

Zawieramy układ. Będziemy spotykać się w dobrych restauracjach (mój portfel wstrzymał oddech). Im przekazywane informacje będą bardziej wartościowe, tym mój informator będzie miał prawo pohulać sobie z wyborem dań (mój portfel zażądał pistoletu, by strzelić sobie w łeb).

– Zgoda?

Wyciągam nad stołem dłoń. XXXL ściska mnie ochoczo, a ja już jestem pewien, że niedługo pójdę żebrać. Ale XXXL nie puszcza mojej dłoni i dodaje: – A za ekstra informację dogadamy się,  jeśli chodzi o cenę. (Więc jednak powinienem już obstalować sobie trumnę).

I tak, bez pośpiechu (opowiadając w skrócie), krok po kroku, zostaję wprowadzony w świat fałszywych dzieł sztuki. Dzieje się to bardzo powoli, gdyż nie wątpię, że w tym czasie jestem obserwowany, czy przypadkiem rzeczywiście nie pracuję na policyjnym etacie. Ponieważ najbardziej interesuje mnie malarstwo, dowiaduję się o metodach fałszowania starych płócien.

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze