W tym wypadku, słyszę od XXXL,  można użyć prawdziwego starego obrazu, np. sprzed 200 lat, autorstwa jakiegoś pacykarza. Stare malowidło całkowicie lub częściowo się usuwa, by otrzymać podobrazie, na którym namalujemy kopię. Niektóre techniki zakładają wykorzystanie starych materiałów, które jednak muszą być dodatkowo postarzane, żeby można było uznać, że pochodzą „z epoki”. W innych postarza się materiały współczesne, lub też wykorzystuje na przykład deski ze starych szaf, których odpowiedni wiek może świadczyć, że obraz rzeczywiście pochodzi z XV lub XVI wieku. Jednak tutaj masy zaprawy i farby muszą możliwie jak najbardziej przypominać dawne mieszanki. Wszystkie powyższe elementy decydują o ostatecznej cenie falsyfikatu. I tak, po rozwiązaniu zagadnień materiałowych, zaczyna się właściwa praca artysty.

– Ile kosztowałoby wykonanie takiej kopii Rubensa? – pytam mojego cicerone.

– Gdybyś chciał mieć rzeczywiście coś dobrego… Myślę, że musiałbyś wyłożyć co najmniej czterdzieści tysięcy za same materiały z epoki.

– Złotych?

– Euro.

– Jak długo czekałbym na zrealizowanie zamówienia?

– Przypuszczam, że na swojego Rubensa musiałbyś poczekać rok.

Liczy się portfel nabywcy

Facet XXXL opowiada mi o przyjacielu, który zawsze chciał zostać oryginalnym artystą. Tylko że jego oryginalna twórczość nikogo nie interesowała. Dziś van Grog, jak nazywam go hasłowo, ma sporo kasy, ale nie bardzo może afiszować się dostatkiem, a tym bardziej artystycznymi dokonaniami. Ma pecha? Gdyby żył przed wiekami…

Niegdyś dobre kopie, szczególnie autorstwa wielkich artystów, stawiano na równi z oryginałem. Działo się tak zwłaszcza wówczas, gdy władcy zaczęli zamawiać je u słynnych artystów i gromadzić w pałacach. Mistrzom płacono bajońskie sumy. Przekazy historyczne mówią, że za wykonanie kopii rzeźby Fidiasza „Ateny Partenos” jeden z greckich tetrarchów zapłacił 44 talenty czystego złota (ponad 100 kilogramów!). Cezar, znany ze sknerstwa, wysupłał z sakiewki aż 40 talentów srebra (1 talent, to 26,12 kg srebra) za kopię „Medei” – dzieło Timomachosa.

Z van Grogiem zajmujemy odległy kąt pustej przed południem nadwiślanej piwiarni. Nie mam zamiaru bawić się w towarzyskie słowotoki i od razu przechodzę do sprawy.

– Co się dziś podrabia?

Van Grog przygląda mi się przez moment zmrużonymi oczami. Mam wrażenie, jakby szacował moją inteligencję, zastanawiając się, czy zrozumiem wyjaśnienia. Chyba w jego skali ocen nie wypadam poniżej zera absolutnego. Zaczyna mówić głosem cichym, jednostajnie monotonnym, przez który zdaje się przebijać nuta profesora, znudzonego powtarzanym po raz setny wykładem.

– Podrabia się wszystko, co może zainteresować potencjalnego nabywcę.

– Czyli?

– Meble, zegary, dywany, monstrancje, świeczniki, obrazy, rzeźby, porcelanę, akwaforty, sztychy, broń, miniatury, koronki, rękopisy, dokumenty, przyciski do listów, tabakierki, pieczęcie, monety, znaczki pocztowe i skarbowe… – wymienia bez końca.

– Znaczki skarbowe też? – muszę mieć idiotyczną minę, gdyż fałszerz wybucha drwiącym śmiechem. – W porządku. Wierzę na słowo. Dlaczego puściłeś na rynek pierwsze falsyfikaty?

– Dla zabawy. Tylko dla zabawy.

Na której można nieźle zarobić.

– Kiedy zaczynałem, nie myślałem o forsie. Najpierw zrobiłem to… – van Grog zastanawia się chwilę, jakby szukał właściwego słowa – dla jaj.

– I dla zabawy robisz to nadal?

– Nie, już tylko dla forsy – uśmiecha się z błyskiem w oku, a ja widzę zachwycone twarze klientów, którzy są przekonani, że w dłoniach trzymają oryginały.

– Otrzymujesz zamówienie i, załóżmy, je przyjmujesz. Jak przygotowujesz się do pracy?

– Nim zabiorę się do malowania, czytam dostępne książki na temat twórczości danego malarza. Poznaję najczęściej malowane przez niego tematy, ulubione style, barwy, sposób posługiwania się pędzlem. Czy wiesz, że Van Gogh zawsze prowadził go z lewa do prawa, w tym samym kierunku…?

– Niby skąd?

– Więc już wiesz.

– Dzisiejsze farby różnią się składem chemicznym od tych używanych choćby przed stu laty.

– Stosuję barwniki fabrykowane własnym sposobem oraz używam drewna ze starych mebli. Niegdyś miałem zamówienie na pamiętniki Radziwiłła „Panie Kochanku”.

– Ktoś z „przyszywanej rodziny”?

– Wątpię. Musiałem więc wyprodukować „dobry” papier.

– Dobry?

– Żeby go uzyskać, należy przygotować roztwór na bazie czarnej herbaty. Potem wziąć pod uwagę ilość wody zawartej we włóknach papieru. Jeżeli dawkowanie jest właściwe, nie sposób udowodnić, że dany arkusz nie jest autentycznie stary.

– Skąd bierzesz materiały do studiów, żeby poznać style i techniki danego artysty?

– Trzeba wiedzieć, do jakich drzwi zapukać.

– Gdybym zamówił u ciebie Tintoretta?

– Odwiedziłbym galerie, gdzie znajdują się jego płótna. Najpewniej pojechałbym do Kunsthistorisches Museum do Wiednia. Pomocne byłyby też specjalistyczne publikacje.

– …?

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze