Sąd cywilny przyznał rację, że to co klub na nim zarobił to „bezpodstawne wzbogacenie”. Wyrok jest już prawomocny, pan Bartłomiej przekazał egzekucję pieniędzy komornikowi.

Klub „Princess” to jeden z kilku tego typu lokali we wrocławskim Rynku. W październiku 2015 roku idącego Rynkiem Bartłomieja S. zaczepiła młoda kobieta. Zaprosiła go „na darmowy pokaz” do klubu „Princess”. Tam zamówił drinka za 50 złotych. Natychmiast dosiadły się do niego dwie młode kobiety. Im też zamówił po drinku. Potem wypił jeszcze jednego i zaczął się dziwnie czuć.

Zaproszono go do pokoju na „prywatny taniec”.

Tu przestał pamiętać co się z nim działo. Kojarzy jedynie, że pojawił się jakiś szampan. Następna rzecz, którą pamięta, to moment gdy stoi przed bankomatem z ochroniarzem klubu i kelnerką, próbując wypłacić pieniądze. Chcieli od niego 6 tysięcy złotych.

Kiedy doszedł do siebie okazało się, że z konta zniknęło 29 830 zł. Największy rachunek to 20 tys. zł, zapłacony po godzinie 3 w nocy. Zawiadomił policję. Ale śledztwo umorzono, bo policja nie znalazła dowodów, by ktokolwiek dopuścił się oszustwa. Wtedy pan Bartłomiej – absolwent studiów prawniczych – postanowił wytoczyć proces cywilny. Zatrudnił radcę prawnego, który – na początku 2018 roku – wezwał klub do zwrotu pieniędzy. Przekonując, że płacił za kolejne drinki i szampana „w stanie wyłączającym świadome i swobodne podjęcie decyzji”.

Klub odmówił. Wtedy sprawa trafiła z pozwem do sądu cywilnego.

W pozwie gość klubu przekonywał, że musiał być pod wpływem środków odurzających.

Przed wejściem do klubu nie pił alkoholu i nie brał narkotyków. Dziwnie się poczuł po wypiciu zaledwie dwóch drinków. W pozwie znalazł się nawet wniosek o zaangażowanie biegłego psychiatry. Miałby on próbować ocenić – na podstawie analizy monitoringu z klubu – czy pan Bartłomiej mógł być czymś odurzony.

W kieszeni mężczyzna znalazł wydruki z terminala do płacenia kartą z odrzuconymi transakcjami na kwoty od 9 do 19 tys. zł. Pozew przedstawia to jako dowód na to, że pan Bartłomiej miał problemy z prawidłowym wpisaniem PIN-u. To dodatkowa poszlaka wskazująca, że mężczyzna był odurzony.

Pan Bartłomiej zwrócił też uwagę, że duże kwoty 9 999 zł, 14 999 zł i 19 999 zł próbowano wypłacać w odstępie pięciu minut. Na dodatek te kwoty nie pasują do cennika z klubu – czytamy w pozwie. Najdroższy alkohol ma kosztować najwyżej 322 zł za butelkę.

Im dłużej mężczyzna przebywał w klubie, tym większe kwoty płacił i próbowano ściągnąć z jego konta.

„Będąc świadomym swoich czynów, Pan Bartłomiej nigdy nie zdecydowałby się na zakup alkoholu w nocnym klubie za tak znaczne kwoty, przeznaczając na to wszystkie swoje oszczędności” – przeczytać można w uzasadnieniu pozwu. – „Żaden racjonalnie myślący człowiek, świadomy tego co robi, nie dokonywałby zakupu tych samych produktów w tak wysokich cenach – zwłaszcza, że z pewnością nie byłby w stanie ich skonsumować.”

Wyrok zapadł w listopadzie ubiegłego roku. Nie było długiego procesu, bo firma, do której należy klub, w ogóle nie stawiła się w sądzie. Nawet nie odebrała pozwu. Sąd wydał tzw „wyrok zaoczny”. Został uznany za doręczony i uprawomocnił się.

Podobnych historii – jak pana Bartłomieja – znamy wiele.

Wszystkie są do siebie bardzo podobne.

Wielu klientów tego klubu też dość szybko traciło świadomość i zaczynało wydawać kwoty, których normalnie nie płaciliby za alkohol w nocnym klubie. Zwykle jednak klienci, którzy czuli się pokrzywdzeni, składali zawiadomienia do prokuratury. To pierwsza sprawa cywilna, przeciwko klubowi, o której słyszeliśmy. Wygrana przez klienta. Co prawda wyrok jest zaoczny, nie będzie miał uzasadnienia ale żeby go wydać sąd musiał uznać argumenty, przedstawione z pozwie.

Źródło: www.gazetawroclawska.pl

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze