W artykule zatytułowanym „Warszawskie cienie”, Maurycy Orgelbrand podał zatrważającą liczbę wypadków ulicznych w Warszawie. „Nie ma prawie dnia – alarmował – bez 3 do 6 wypadków przejechania, a był nawet dzień (w początkach sierpnia r.b.), iż liczba ich doszła do 11 (…)

W miesiącu sierpniu liczba wypadków przejechania wyniosła 110”. Szacował, że ich liczba w roku sięga, lekko licząc, co najmniej tysiąca.

Bystry kronikarz miasta, jakim był Bolesław Prus, dostrzegł ten problem już kilka lat wcześniej niż warszawski księgarz i wydawca. „Każdy dorożkarz – grzmiał w „Kolcach” (1874 nr 22), z którymi wówczas współpracował – który szkodliwie lub nieszkodliwie potrąci kogoś na ulicy, straci na wieczne czasy prawo dosiadania wehikułu. Sposób ten praktykuje się gdzie indziej, (…) bowiem na przecięciach się ulic dorożki ciągle jeżdżą za prędko, a jak czytamy w „Gazecie Policyjnej” lista wypadków ciągle wzrasta. Niekiedy pochodzą one z winy rozjechanych, niekiedy jednak z gapiostwa woźniców, którzy zamiast ciągle myśleć, że są ludźmi publicznymi i że odgrywają rolę społeczną – myślą raczej o tym, aby dostać tryngeld (napiwek – SM) i przedystylować go na piołunówkę”.

Upodobanie do alkoholu cechowało wówczas wszelkich „transportowców”, a już zwłaszcza dorożkarzy i stangretów, czego są liczne świadectwa w gazetach a nawet w literaturze pięknej.

W połowie lat osiemdziesiątych XIX wieku liczba przejechań przez pojazdy ciągle była poważna, „Rok bieżący – alarmował wówczas najbardziej poczytny w mieście  „kurierek” – od samego początku pod względem bezustannych wypadków, spowodowanych nieostrożną jazdą po ulicach naszego grodu, w niczym nie ustępuje latom poprzednim, w których, począwszy od roku 1882, liczba przejechań tak systematycznie i w tak wysokim wzrasta stosunku, że gdy w roku 1881 wypadków tych zanotowano 397, to w roku ubiegłym doszły one już do 800.

W ciągu minionych trzech miesięcy – donosiła gazeta – to jest stycznia, lutego i marca, ilość przejechań z groźnymi dla życia i zdrowia ludzkiego następstwami dosięgnęła już cyfry 152 wypadków, w których trzy spowodowały śmierć, siedemnaście było bardzo niebezpiecznych, a następstwem reszty tych smutnych wydarzeń były kalectwa i mocne potłuczenia. Do powyżej przytoczonych cyfr nie wchodzą wcale najechania nie pociągające za sobą szkodliwych następstw, gdyż te notowanymi nie bywają.

 

Największą nieostrożnością i lekceważeniem odznaczają się wozy robocze, a mianowicie piwowarskie, piekarskie i towarowe itp., którym zawdzięczamy połowę wszystkich przejechań; stangreci prywatni, jeśli nie o lepsze, to przynajmniej o równe współzawodniczą z dorożkarzami, w zuchwałości zaś znacznie tych ostatnich przewyższają. Najsmutniejszym jest to, iż jak dotychczas widzimy, nie wynaleziono żadnego środka, mogącego wpłynąć skutecznie na zmniejszenie się tak kolosalnej liczby nieszczęść wynikających z szalonej jazdy woźniców warszawskich, co w każdym razie trudnym się wydaje” – konstatował „Kurier Warszawski”.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze