Andrzej, wciśnij gaz do dechy! – komisarz Marcin Wodzyński z wydziału kryminalnego Komendy Rejonowej Policji w K. niemal wysyczał przez zaciśnięte zęby do aspiranta Choromańskiego, który siedział za kierownicą nieoznakowanego opla corsy.

Pojazd miał włączonego niebieskiego koguta, dzięki czemu sunące przez nimi w popołudniowym korku samochody zjeżdżały na pobocze, torując im drogę do dalszej jazdy.

– Panie komisarzu, jadę najszybciej jak się da – odpowiedział policjant. – Ale tym złomem strach się rozpędzać. Klocki hamulcowe powinny być dawno wymienione. Zgłaszałem to mechanikom, kazali się nie przejmować. Dobre… ale to nie oni jeżdżą i nie oni ryzykują wypadkiem. Nie chcę, żeby pisali w gazetach, że policjant nie dostosował prędkości do warunków panujących na drodze.

– Dobra, rozumiem. Jeszcze trochę, a przesiądziemy się na rowery. Będzie taniej, szybciej, ekologicznie. Nie wiem tylko, gdzie powiesimy koguta, żeby rowerzyści zjeżdżali nam z drogi.

Komisarz był w podłym nastroju. Od wielu lat słyszał zapewnienia przełożonych, że policja będzie doinwestowana, dostaną pachnące nowością radiowozy. Dziwnym zbiegiem okoliczności jego wydziałowi zawsze przydzielano używane auta z innych jednostek. Mierzący blisko 2 metry wysokości mężczyzna ledwie mieścił się na siedzeniu pasażera. Miał wrażenie, że jego ręce i nogi były ściśnięte niczym sardynki w puszce.

Wodzyński szykował się do domu po ośmiogodzinnej służbie, zatelefonował nawet do żony, że za godzinę – zgodnie z umową – spotkają się na obiedzie u jej rodziców, z okazji imienin teścia, kiedy niespodziewanie zadzwonił dyżurny, że właśnie zgłoszono samobójstwo Jadwigi Masłowskiej. Koledzy Wodzyńskiego byli w terenie i nie miał kto obsłużyć zgłoszenia. Nie pozostało nic innego, jak zadzwonić do żony i obwieścić jej, że niestety spóźni się na spotkanie… o ile w ogóle tam dojedzie.

Wreszcie dotarli na miejsce. Było gorąco, asfalt oddawał ciepło z całego dnia, a powietrze stało bez ruchu. Choromański zaparkował auto w cieniu, choć i tak niewiele to dawało. Kwiatowa 12… Tak, to tutaj miał się rozegrać dramat – wedle informacji, którą przed niespełna kwadransem przekazał im oficer dyżurny miejscowej komendy.

Wodzyński zastukał do drzwi wejściowych. Otworzył je młody mężczyzna, który przedstawił się jako Paweł Kwiatkowski.

– Tak, to ja zgłosiłem samobójstwo mojej… – zawiesił na chwilę głos, tak jakby szukał odpowiedniego słowa.

– Mojej?! – Wodzyński powtórzył ostatni wyraz.

– No dobrze… Powiem od razu, bo pewnie i tak prędzej czy później się o tym dowiecie, mojej dobrej koleżanki, Jadwigi Masłowskiej. Proszę, niech panowie wejdą dalej. Denatka jest tam dalej, w salonie.

Chwilę później komisarz Wodzyński i aspirant Choromański weszli do obszernego pokoju, gdzie rozegrał się dramat. Zlustrowali pomieszczenie. Elegancki salon umeblowany był zabytkowymi meblami, które miały pewnie kilkadziesiąt lat. Obaj nie byli niestety znawcami sztuki, ale nawet na pierwszy rzut oka widać było, że do tanich nie należały. Na dębowej podłodze, przed skórzanym fotelem, leżało ciało młodej dziewczyny. Miała na sobie dżinsowe spodnie, sportowe buty i biały bezrękawnik. Zaciśnięte palce rąk i grymas twarzy wskazywały, że ostatnie chwile życia przebiegły w bólu, jeśli nie w męczarniach. Obok ciała, na niewielkim stoliczku, blisko lewej ręki denatki, stała malutka buteleczka. Komisarz założył rękawiczki, wziął ją do ręki, odkręcił korek, zbliżył do nosa. Zapachniało dziwnym, trudnym do określenia aromatem.

– Tym się otruła, nie mogłem nic zrobić – niemal łkał Paweł Kwiatkowski.

– Dlaczego to zrobiła, właśnie tutaj, w pana mieszkaniu? – dociekał komisarz.

Ona bardzo poważnie traktowała to, co dla mnie było tylko zwykłą studencką przyjaźnią. Obydwoje studiujemy farmację. Ostatnio trochę flirtowaliśmy, ale nic więcej. Dwa dni temu widziała mnie w parku z moją dziewczyną. Przytulaliśmy się w ustronnej alejce, kiedy nas zobaczyła. Urządziła mi scenę zazdrości. Powiedziałem, że jest mitomanką, bo nic nas nie łączy. Krzyknęła, że jeszcze gorzko tego pożałuję. To było przedwczoraj. Dzisiaj przyszła do mnie, do mieszkania, zażądała wyjaśnień. Wyśmiałem ją, wtedy ona sięgnęła do torebki, wyjęła tę małą butelkę i wypiła zawartość. Sekundę potem osunęła się na ziemię. Próbowałem ją ratować, ale nie wyczułem oddechu. Potem nic już nie ruszałem, tylko zadzwoniłem na policję i pogotowie. Czekałem w sąsiednim pokoju do waszego przyjazdu.

– Coś mi się nie zgadza w pana zeznaniach. Zmuszony jestem zabrać pana na przesłuchanie do komendy – stwierdził komisarz.

 

Dlaczego policjant podjął taką decyzję?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze