Kilka godzin później policjanci, którzy w obecności konkubenta Doroty C. wyważyli drzwi do mieszkania, zastali widok gorszy niż z najgorszego koszmaru. Nawet ci z wieloletnim stażem mieli problemy, żeby go znieść. W korytarzu, na podłodze, w wielkiej kałuży krwi, oparta o ścianę siedziała Dorota C. Była nieprzytomna.

To było jednak dopiero preludium. W dużym pokoju, na rozłożonej kanapie, leżało zadźgane nożem maleńkie dziecko. Obok niego, równolegle ułożona została starsza córka. Jej tułów, szyja i ręce sprawiały wrażenie jednej pulsującej rany. Było tak dużo dźgnięć nożem, że plamy z krwi zlewały się ze sobą. Mimo to, dziecko ciągle jeszcze żyło.

Pogotowie na miejscu rozpoczęło reanimację.

Potem Joasię przewieziono do szpitala, podobnie jak jej matkę. Tymczasem wieść o tym, co się stało w mieszkaniu przy ul. Zakładowej 10, w mieście przemysłowym na południu Polski, rozniosła się lotem błyskawicy. Nad ranem, mimo wysiłków lekarzy, dziewczynka zmarła.

Portale internetowe krzyczały: „Dzieciobójczyni zamordowała swoje dwie córeczki i próbowała popełnić samobójstwo”. Informacja o przerażającej zbrodni rozeszła się po całym kraju. Kilka tygodni później wyrodna matka opuściła szpital. Jej córki nie żyły, jej własne życie udało się uratować…

Love Story

Los nie rozpieszczał Doroty C. Lekko nie było od samego początku. Nie urodziła się w kochającej rodzinie. Ojciec pił, robił awantury, bił matkę, a zdarzało się, że i dzieci. Nieraz nocowała z mamą u sąsiadów, kiedy on wpadał w szał. Później matka zdołała się z nim rozwieść, ale koszmar z dzieciństwa pozostał w Dorocie. Miała wrażenie, że niczym ćma leci w głąb żaru. Tak bardzo bała się rzeczywistości, że z nerwów zaczęła się jąkać. Z powodu lęku i braku poczucia bezpieczeństwa szukała silniejszego mężczyzny, takiego przez „duże M”, który ją poprowadzi przez życie.

Znalazła go. Dalej wszystko potoczyło się według schematu: związek, wpadka, dziecko, wspólne mieszkanie, szara rzeczywistość i rozczarowanie. Robert był mechanikiem samochodowym. Dobry fach, ale nie zamierzał opiekować się rodziną. Był zbyt młody i spragniony wrażeń, by zamknąć się w czterech ścianach. A że był porywczy, zdarzyło się, że podniósł na nią rękę. Wkrótce odszedł.

Dorota już na starcie w dorosłość została samotną matką.

Musiała zakasać rękawy i wziąć się do pracy, aby utrzymać siebie i Joasię. Dorabiała trochę w sklepie spożywczym, trochę jako krawcowa – bo tę specjalizację wyniosła z zawodówki. Psie pieniądze, ale pozwalały przeżyć – wynająć skromne mieszkanie, mieć na życie, bez żadnych ekscesów, żadnych ekstrawagancji.

A przecież Dorota też miała swoje potrzeby… Też miała ambicje, chciała być kimś, coś osiągnąć, a nie tylko wegetować. Najważniejsze jednak – chciała korzystać z życia i poczuć się jak kobieta.

Ileż to samotnych nocy przepłakała. Faceci się do niej nie garnęli. Nie była brzydka, jednak kto by chciał się wiązać z dziewczyną z dzieckiem?

Kilka razy, gdy Joasia nocowała u babci, udało jej się wyskoczyć do miejscowego klubu, potańczyć. Zdarzało się, że nie wracała sama. Takie przygody kończyły się jednak zazwyczaj tej samej nocy. Była w kilku związkach, ale nigdy nie trwały one dłużej niż pół roku…

Dlatego gdy pojawił się Janusz B., miała wrażenie, że złapała Pana Boga za nogi. Poznali się w sklepie, w którym pracowała. Był przystojny niczym filmowy amant i taki ciepły – obdarzył ją szerokim, serdecznym uśmiechem. Okazało się, że jest nowy w mieście, przyjechał na etat do miejscowego kombinatu. A więc zarabiał całkiem nieźle. Miał stałą pracę i sprawiał wrażenie opiekuńczego. Dorota zakochała się po same uszy. Znajomość przypieczętowali łóżkiem. Było jej jak w niebie. Żaden dotychczasowy kochanek nie dał jej tyle rozkoszy. Wkrótce owinęła się wokół niego mentalnie niczym bluszcz.

W jej wyobrażeniach pojawił się wspólny dom z ogródkiem, święta i szczęśliwa rodzina. Janusz wydawał się widzieć ich świetlaną przyszłość podobnie do niej.

Wkrótce zamieszkali razem. Wiele wskazywało na to, że marzenia Doroty zaczynają się spełniać. Janusz miał dobry kontakt z Joasią. Był dla niej jak prawdziwy ojciec. Ukochany miał jeszcze jedną cechę, którą Dorota szczególnie ceniła – podobał się innym kobietom. Widziała, jak koleżanki za sklepu wodziły za nim wzrokiem, jak zagadywały go przy byle okazji. Fakt, że ten przystojniak wybrał właśnie ją, schlebiał jej. Był jak balsam na narcystyczną stronę jej osobowości.

Idylla trwała kilka lat. Zdawało się, że ich związek nie ma wad i słabych punktów. Dostarczali sobie energii, uśmiechu, miłości. Rosła baza wspólnych wspomnień – z wakacji, wyjazdów, świąt. Z czasem Dorota zapragnęła sformalizować ich związek. Chciała wyjść za mąż.

Był jednak jeden problem – Janusz się do tego nie garnął. Owszem, pozostał opiekuńczy, troskliwy, zaradny, ale o małżeństwie nie chciał słyszeć. Co prawda, nie powiedział tego nigdy wprost, ale wykręcał się, jak tylko mógł. Tłumaczył się brakiem odpowiedniego momentu. Mówił, że trzeba odkładać pieniądze na samochód. Innym razem twierdził, że zamiast wystawnego wesela woli oszczędzać na wkład własny kredytu mieszkaniowego. I tak w kółko. Rozmawiali o wspólnej przyszłości, ale na rozmowach się kończyło.

Dorota traciła cierpliwość. Na całe szczęście niedługo później los dał im kolejny powód, by związać się na stałe. Najważniejszy powód… Kobieta zaszła w ciążę. Na jakiś czas jej obawy zeszły na dalszy plan. Dziecko wypełniało całe jej życie. A Janusz? Wyglądał na szczęśliwego, a jednak Dorota nie mogła uwolnić się od wrażenia, że to tylko dobra mina do złej gry. Na ślub czasu nadal nie miał. Tym razem „wykręcał się” dzieckiem. Jak mówił – pieniądze są potrzebne na odchowanie córeczki. Wesele może poczekać.

Wkrótce cały ich świat wypełniły pieluchy, zarwane noce, dziecięcy płacz.

Dziecko miało kolki, często łapało infekcje. Atmosfera w domu gęstniała. Dorota stała się drażliwa. O seksie nie było mowy. Nie miała na to ochoty, ale i Janusz nie inicjował niczego. Rzucił się w wir pracy. Częściej nie było go w domu. Znikał przy byle okazji – tak przynajmniej sądziła. A to nadgodziny, a to dniówka za kolegę.

Wtedy właśnie w jej głowie zaczęły kiełkować obawy i podejrzenia. Jej ukochany nie był już tym samym człowiekiem, co kiedyś. Po dawnej namiętności nie było ani śladu. Pewnego dnia, gdy mała Iga spała, a Janusz był na nocnej zmianie, Dorotę naszła myśl, by sprawdzić jego komputer. Akurat zostawił włączony. Usiadła. Ekran zamrugał. Uruchomiła przeglądarkę. Sprawdziła historię.

Po ciele przeszedł ją dreszcz. Wśród stron, które ostatnio oglądał, była pornografia. Dorota uruchomiła jedną. Na ekranie pojawiła się kobieta z dużymi piersiami, w obcisłym lateksowym stroju. Wyłączyła to natychmiast, jednak kobieca ciekawość wzięła górę. Gdy zdołała się uspokoić, zajrzała do komputera po raz drugi. Janusz nie wylogował się ze swego profilu na popularnym portalu społecznościowym. Przejrzała jego rozmowy na czacie.

„Agnieszka” – mignęła jej wesoła buźka ich wspólnej znajomej. Przyjaciółka. Znali się latami. Odwiedzali. Agnieszka była starą panną. Pracowała kiedyś z Dorotą w sklepie. Nie miała pojęcia, że kobieta tak często korespondowała z jej ukochanym.

„Nie przejmuj się. Gdybym tam była, przytuliłabym cię mocno” – taka wiadomość widniała na końcu rozmowy, a odnosiła się do skarg Janusza. Żalił jej się na nią – na Dorotę – że sytuacja jest ciężka, że w domu wybuchają awantury, a po seksie nie ma śladu.

Wyglądało na to, że znalazł sobie powiernicę, która „chętnie by go przytuliła”.

Dorota przeczytała całą korespondencję. Co prawda nic nie wskazywało na to, by tych dwoje łączyło coś więcej niż rozmowa, ale dla niej było to za dużo. Ziarno zazdrości, które zasiała w swojej głowie, właśnie wydało plon. A więc to tak – flirtował na boku z koleżankami, podczas gdy ona zajmowała się ich dzieckiem!

Tego wieczoru, gdy Janusz wrócił z pracy, wybuchła karczemna awantura, przerywana jedynie dziecięcym płaczem. Dorota C. wygarnęła mu wszystko. I porno, i pogaduszki na boku.

– Szpiegujesz mnie? – mężczyzna wpadł we wściekłość. – Jak możesz? Tak mi nie ufasz? – wyszedł z domu, trzaskając drzwiami.

To był początek piekła, w który zamienił się ich związek. Wkrótce wybuchła kolejna awantura, a potem następna. Dorota C. wpadła w chorobliwą zazdrość. Miała wrażenie, że jej partner zdradza ją na okrągło, przy byle okazji. Każdy telefon, każdy SMS, każde wyjście z domu, interpretowała jako schadzkę z rzekomą kochanką. Oskarżała partnera o romanse w pracy i korzystanie z usług prostytutek. Nawet sklepy spożywcze w okolicy miał dobierać pod kątem atrakcyjności ekspedientek.

Obsesja na punkcie zdrad przekładała się na wieczne pys­kówki. Janusz B. coraz częściej tracił nad sobą kontrolę, wybuchał gniewem. O tym, że w mieszkaniu pod numerem 13 są wieczne kłótnie, wiedzieli wszyscy w budynku. W końcu, gdy krzyki nie ustawały późno w nocy, ktoś zadzwonił na policję. Rodzinie założono Niebieską Kartę. Janusz B. coraz ciężej znosił wybuchy zazdrości partnerki. Zdarzało się, że wracał do domu pijany. Miewał napady agresji. Kilka razy – sprowokowany – pchnął Dorotę C. Zaczął się odgrażać, że odejdzie.

– To już koniec, rozumiesz? Z nami koniec! Z początkiem następnego miesiąca się wyprowadzam! – oświadczył jej któregoś dnia.

Nie blefował. Przestał się odzywać. Zamykał się w pokoju. Dorota C. czuła się tak, jakby grunt usuwał się jej spod nóg. Nie wyobrażała sobie życia bez niego. Jak mógł ją w ten sposób potraktować? Zapragnęła zemsty – takiej, która już nigdy nie pozwoli mu o niej zapomnieć.

Jak zemściła się Dorota C.? Szukaj artykułu pt. „Matka Śmierć” w najnowszym „Detektywie – Wydanie Specjalne” nr 4/2019.

Wiele ciekawych tematów kryminalnych znajdziesz w najnowszym kwartalniku „Detektyw – Wydanie Specjalne” nr 4/2019 w sprzedaży od 3 grudnia 2019 roku, a także w wersji elektronicznej do kupienia TUTAJ oraz w wersji do słuchania dostępnej TUTAJ.

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze