Była niedziela, 20 lutego 1972 roku. Rano, grupka pracowników zakładu produkcji kruszywa w Żabim Rogu koło Morąga stawiła się do załadunku wagonów. Obok stacji PKP leżała potężna hałda żwiru, dostarczanego wywrotkami z pobliskiego wyrobiska.

Na bocznicy czekało już 19 węglarek, które wypełnione tzw. uszlachetnionym kruszywem miały odjechać do Warszawy. Tam, z tego surowca powstawała wielka płyta przeznaczona na budowę oczekiwanych w stolicy mieszkań. Tak jak w całym kraju. Fabryka domów była zresztą i obok żwirowni w samym Żabim Rogu, produkowała prefabrykaty.

Tajemniczy wagon

Początek tego dnia przy załadunku żwiru nie różnił się od wielu innych. Dwóch młodych robotników rutynowo sprawdzało wnętrza wagonów, bo zdarzało się, że pozostawało w nich trochę węgla czy cementu, a wówczas ładunek mógł zostać zareklamowany przez odbiorcę. Jak później wyjaśniał w śledztwie 18-letni Jerzy G., po sprawdzeniu 15 wagonów, w kolejnym zobaczył leżącą na podłodze drewnianą skrzynię o wymiarach ok. 4,5 na 2 m i grubości 30 cm. Zaintrygowany zawołał operatora koparki Józefa K., a potem resztę ekipy: drugiego robotnika Eugeniusza M. i operatora spycharki Zenona S. Mężczyźni nie wiedzieli, co jest w środku skrzyni. Postanowili, że wyciągną ją z wagonu. Wpadli na pomysł, żeby podczepić ją linami do łyżki koparki, ale gdy się tylko trochę uniosła, pękła w połowie. Wtedy dojrzeli żółte, błyszczące blachy.

Ten widok zaintrygował ich jeszcze bardziej.

Oderwali kilka desek, a w środku zobaczyli 12 arkuszy mosiężnej blachy.

Podobno operator spycharki i jeden z robotników mieli położyć się na skrzyni i z radości powtarzać w kółko: – To złoto, znaleźliśmy złoto! Później ten smakowity fragment protokołów śledztwa był chętnie cytowany w ogólnopolskiej prasie. Ale tamtej lutowej niedzieli znalazcy tajemniczej skrzyni nie zdawali sobie sprawy, jakie będą konsekwencje ich odkrycia. Zdecydowali, że nie będą o tym nikogo powiadamiać, tylko skorzystają z okazji i przejmą zagubiony na kolejowych szlakach ładunek. Szybko wyliczyli, ile mogą za niego dostać. Padały kwoty od 30 do 50 tysięcy, a nawet 100 tysięcy złotych! To były duże pieniądze, planowali podzielić je między siebie. Oczywiście, jeśli znajdą kupca. Przywołali pracującego w tym dniu zwrotniczego Tadeusza P., żeby przetoczyć wagon dalej, dzięki czemu inni kolejarze ze stacji mieli niczego nie zauważyć. Zwrotniczy spełnił ich prośbę, choć w śledztwie tłumaczył, że nic nie wiedział o pakunku. Miał tylko odpiąć ze składu wagon, pomóc przepchać go dalej i wrócić na stację. Prokurator i sąd nie dali mu jednak wiary, bo inni oskarżeni twierdzili, że Tadeusz P. dobrze wiedział, co znajdowało się w wagonie.

Przetoczyłem ten wagon, bo po prostu nie chciałem „kablować” kolegów – wyznaje po latach żałując, że wtedy nie zgłosił znaleziska dyżurnemu ruchu, swojemu przełożonemu.

Zwrotniczy był dobrym kolegą pozostałych uczestników wydarzeń, a z jednym z nich zaliczył wcześniej wpadkę chuligańską, co odbiło się potem na wyroku „za blachę”. Na razie wagon podjechał na boczny tor. Tam nasi bohaterowie z pomocą spychacza ściągnęli skrzynię, przetransportowali ją na hałdę i zasypali żwirem. Siłą rzeczy blacha została częściowo uszkodzona, powstały na niej rysy i zagięcia, ale mężczyźni liczyli, że i tak sporo na niej zarobią. Zenon S. zadeklarował, że będzie szukał „jakiegoś Żyda, któremu towar się opyli”, a tymczasem „morda w kubeł”, czyli nikomu nie wolno było pisnąć słowa. Według późniejszych zeznań podobno szukał kupca nawet w Olsztynie, ale bez rezultatu.

Zagubiony ładunek

W tym czasie na sieci PKP trwały poszukiwania zaginionego ładunku. Nie na tyle jednak gorączkowe, aby postawić na nogi brać kolejarską w całej Polsce. Wiadomo było, że wagon z cennym ładunkiem importowanej blachy mosiężnej wyruszył 16 lutego ze stacji Jarocin, ale nie dotarł do adresata, tj. Mazurskich Zakładów Przemysłu Sklejkowego w Morągu. Po prostu przepadł gdzieś po drodze! Pomimo interwencji „Sklejki” kolejarze rozkładali ręce, a że PKP było prawdziwym „państwem w państwie”, więc temat zawisł w próżni. Cenny towar ściągnięty z RFN-u przez Centralę Handlu Zagranicznego to nie szpilka i musi się kiedyś znaleźć – pocieszali dyrekcję fabryki. Mijały dni i tygodnie, ale żaden ślad się nie pojawił. Również zawiadowcy stacji w Żabim Rogu nie przyszło do głowy, że ładunek leży sobie spokojnie kilkaset metrów od jego biura.

 

O przeznaczeniu 12 mosiężnych arkuszy nie wiedzieli także ich znalazcy, choć na zdrowy rozum – nie mówiąc o przepisach prawa – powinni fakt ich znalezienia zgłosić odpowiednim organom. Co prawda, półgębkiem wspomnieli co niektórym kolegom o jakieś paczce z blachą, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Aż wreszcie jeden z kolegów Zenona S. zapytał, czy z tej blachy nie można by zrobić eleganckich świeczników.

Czemu nie – odpowiedział, deklarując, że przeznaczy na ten cel jeden arkusz.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze