Zabójstwo olsztyńskiego taksówkarza mogłoby posłużyć za kanwę „Krótkiego filmu o zabijaniu”. Tym bardziej,  że wykonaniu wyroku na sprawcy zbrodni towarzyszyły podobne wątpliwości, jak wobec głównego bohatera dramatu Krzysztofa Kieślowskiego.

Zdzisław Kubiak nie był jednak, w przeciwieństwie do filmowego pierwowzoru, drobnym, pospolitym przestępcą z patologicznej rodziny. Wychowywał się na Mazurach,  wraz z trójką rodzeństwa w normalnej rodzinie. Niestety, miał zaledwie 18 lat, kiedy zmarła matka.

Uczył się w technikum rolniczym. Był przeciętnym uczniem, ale zdał maturę, po której rozpoczął pracę zawodową. Z przerwą na wojsko przepracował w sumie ponad 12 lat, głównie w sektorze rolnictwa. Po drodze ukończył kurs mistrza produkcji i został nawet kandydatem PZPR. Nie cieszył się jednak zaufaniem towarzyszy partyjnych, bo stale zmieniał zatrudnienie, głównie z powodu konfliktów między nim, a kolegami i przełożonymi. Wtedy przenosił się do kolejnego zakładu, ale już z bagażem nagan, upomnień i potrącanych premii.

Był to bowiem człowiek z natury konfliktowy, którego cechowały zaburzenia osobowości w sferze emocjonalnej, mający „trudności adaptacyjne” – jak to później ujmą psychiatrzy.

Jednocześnie sprawiał miłe wrażenie, dzięki czemu w jednym z zakładów poznał sympatyczną rozwódkę, z którą w 1977 roku wziął ślub. Danuta miała 5-letnie dziecko, co Zdzisławowi – gdy przeprowadzał się do żony – zupełnie nie przeszkadzało. Nowy adres bardzo mu pasował, ponieważ trzy lata wcześniej, po konflikcie z ojcem opuścił dom rodzinny i wynajął pokój w Szczytnie.

Z początku w małżeństwie wszystko się układało. Żona namówiła Zdzisława do podjęcia pracy w PKS-ie, gdzie sama także miała etat. Wydawało się, że wspólnie stworzą normalną, stabilną rodzinę. Niestety, po pewnym czasie zaczęły się nieporozumienia i konflikty, do czego przyczyniła się psychopatyczna osobowość mężczyzny i prześladująca go nerwica. Miał też pretensje do Danuty, że coraz częściej odmawia mu seksu, a on chciał mieć wspólne dziecko. Co prawda zaczął chodzić do seksuologa, ale niewiele to pomogło i trwały rozkład pożycia stał się faktem.

 

Plan zdobycia gotówki

Była końcówka 1981 roku, a więc tzw. karnawał „Solidarności” w pełni, poczucie większej wolności i możliwość wyjazdów za granicę. Ponieważ zarówno w pracy, jak i domu Zdzisławowi Kubiakowi nie wiodło się za bardzo,  postanowił w czasie urlopu odwiedzić znajomego w RFN-ie, aby zarobić trochę twardej waluty i wzmocnić swoją pozycję.

W kapitalistycznych Niemczech pracował blisko dwa miesiące przy uboju świń i zarobił tyle, że kupił siedmioletniego volkswagena passata. Oprócz tego zaoszczędził około 1200 zachodnioniemieckich marek. Wydawało się, że mocno stanął na nogi. Niestety, w czasie jego pobytu na Zachodzie żona wniosła pozew o rozwód, który został orzeczony już w stanie wojennym z winy obu stron. Dodatkowo, z powodu konfliktów, zwolnił się z pracy, planując założenie własnej działalności gospodarczej, a konkretnie – zdobycia uprawnień taksówkarza.

 

W tamtych czasach był to intratny zawód i nie wymagający dużego wysiłku. Przynajmniej tak się wydawało. Kubiak ukończył już nawet kurs taksówkarski, złożył w urzędzie odpowiednie papiery i niewiele brakowało, żeby ruszył w trasę. Niespodziewanie jednak, na początku lipca 1982 roku, jego samochód odmówił posłuszeństwa. Zatarł się silnik, więc Kubiak zawiózł auto aż do Izabelina koło Warszawy, gdzie zajął się nim znajomy pracownik FSO. Naprawa trwała jednak aż do grudnia.

Do tego czasu 32-letni Zdzisław Kubiak utrzymywał się z zasobów walutowych przywiezionych z RFN-u. Ba, pomagał nawet swojej najmłodszej siostrze, uczennicy technikum rolniczego, z którą – w przeciwieństwie do reszty rodzeństwa, skłóconego z nim na tle spadkowym – utrzymywał kontakt. Jednak czas mijał i oszczędności się skończyły. Mężczyzna musiał pożyczać pieniądze od znajomych, aż wreszcie stanął przed ścianą.

Wpadł wówczas na pomysł, w jaki sposób zdobyć gotówkę na tyle dużą, aby zacząć nowe życie. Opracował szczegółowy plan, który zaczął realizować. Przygotował dwie torby podróżne. Do jednej włożył garnitur, koszulę, sweter i przybory toaletowe, a do drugiej sznur, linkę, rozpuszczalnik oraz metalową rurkę o długości około 40 centymetrów.

Zabrał też druki umów kupna sprzedaży oraz 2,5 tysiąca złotych w gotówce. Potem poszedł na dworzec PKS w Szczytnie i wsiadł do autobusu jadącego do Olsztyna.

 

Przeprawa przez rzekę

W sobotni wieczór, 4 grudnia 1982 roku, Eryk Hanzel zaszedł na chwilę do siostry, a później wrócił na postój przy dworcu PKP-PKS w Olsztynie. Był doświadczonym taksówkarzem, człowiekiem znającym życiem spokojnym, opanowanym, jak na kierowcę przystało. Za niecałe trzy tygodnie, dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia, miał obchodzić 48. urodziny.

Tego feralnego wieczora czekał na kolejnego pasażera. Około godziny 22.30 do jego fiata o numerze bocznym 107, wsiadł tylnymi drzwiami dosyć młody mężczyzna o wyglądzie urzędnika średniego szczebla i kazał się wieźć do Morąga. Ponieważ odległość do tego miasteczka wynosiła blisko 50 kilometrów, taksówkarz poprosił o zaliczkę. Klient bez oporu wręczył mu tysiąc złotych (przy średniej krajowej płacy 12 tysięcy złotych).

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze