Kiedy dotarli do Morąga, pasażer polecił podjechać taksówką pod blok, w którym miała mieszkać jego rodzina. Wszedł do klatki schodowej, ale po chwili wyszedł, twierdząc że krewni wyjechali do Gdańska. Od razu też zaproponował kurs na Wybrzeże. Taki kurs zdarza się rzadko, więc Hanzel nie oponował, mając nadzieję na wypłacalność klienta i duży zarobek. Wspólnie ustalili trasę przez Małdyty, Dzierzgoń i Malbork.

Była ciemna noc, gdy dojeżdżali do przeprawy mostowej na Wiśle w Kiezmarku. W pewnej chwili pasażer kazał skręcić w lewo, w budowaną wzdłuż rzeki drogę. Po pokonaniu około 200 metrów po wybojach, Hanzel zaniepokoił się. Odwrócił się do pasażera i bardziej stwierdził, niż zapytał:

Coś pan zgłupiał?!

Zdesperowany zatrzymał wóz, a wtedy klient kilkakrotnie trzasnął go metalową rurką w głowę. Kierowca stracił przytomność i osunął się na siedzenie. Napastnik wysiadł, otworzył przednie drzwi, przekręcił kluczyk w stacyjce i wyłączył silnik. Potem wyciągnął taksówkarza, przeszukał jego kieszenie, a następnie przeciągnął go kilkanaście metrów nad brzeg rzeki.

Zgodnie z wcześniejszym planem wyjął z torby sznurek i linkę. Związał ręce i nogi ofiary, wsadził ciało do worka znalezionego w bagażniku, po czym obciążył dwoma kamieniami i zepchnął do Wisły. Jak się później okazało, w tym momencie Hanzel jeszcze żył, a jego śmierć nastąpiła dopiero w wyniku utopienia.

Zabójca wrzucił do Wisły kurtkę taksówkarza oraz blaszane pudełko z drobnymi pieniędzmi, odkręcił taksometr oraz „koguta”, a następnie usiadł za kierownicą i pojechał w stronę Trójmiasta. Przypomniał sobie jednak o metalowej rurce pozostawionej za fotelem kierowcy. Zatrzymał się na moście i wyrzucił ją do rzeki razem z zakrwawionym dywanikiem. Po drodze wyciągnął ze schowka dowód osobisty Hanzela, jego książeczkę wojskową, prawo jazdy, dowód rejestracyjny i świadectwo legalizacji taksometru oraz około 2 tysiące złotych gotówki.

 

Jazda po Trójmieście

Już na ulicy Prostej w Gdańsku odkręcił podstawę taksometru i – wraz z liśćmi kapusty, papierem toaletowym oraz słoikiem z proszkiem do mycia rąk –wyrzucił w pobliskie zarośla. Sam taksometr schował do torby, bo planował go zamontować we własnej taksówce (choć fiata akurat zamierzał sprzedać za 60 tysięcy złotych). Dlatego zmył rozpuszczalnikiem numer boczny i pojechał na dworzec główny PKP w Gdyni.

Była niedziela 5 grudnia. Godzina siódma rano. Kubiak umył się w dworcowej toalecie i przebrał w inne ubranie. Zjadł śniadanie w barze i pojechał na giełdę samochodową. Ponieważ trwał stan wojenny i kręciło się tam wielu milicjantów, zaparkował wóz w pobliżu, spisał fikcyjną umowę zakupu fiata od nieżyjącego już Hanzela, pospacerował trochę po mieście, a następnie zaparkował samochód na ulicy Obrońców Wybrzeża. Nie mogąc sprzedać fiata, odebrał na dworcu swoje torby i wrócił pociągiem do Szczytna.

Życie jest pełne niespodzianek i nawet genialny plan może zawieść, jeśli nie jest dokładnie realizowany. Tak było i w tym przypadku. Kubiakowi bowiem dopiero w domu przypomniało się, że zostawił we fiacie torbę z dokumentami, w tym także z fikcyjną umową. W poniedziałek zatem ponownie pojechał pociągiem do Gdyni.

Samochód stał na swoim miejscu. Wziął teczkę i próbował uruchomić silnik. Nie udało się jednak. Noc spędził w hotelu „Bristol”, a nazajutrz zjawił się w wydziale komunikacji urzędu miasta, zgłaszając kradzież tablic rejestracyjnych – niby ze swojego volkswagena. Dostał zastępcze tablice, które zaraz przykręcił do stojącego na parkingu fiata. Zauważyła to pewna mieszkanka Gdyni, akurat obserwująca otoczenie z okna swego mieszkania. Czynność ta wydała jej się na tyle podejrzana, że jako lojalna obywatelka powiadomiła MO. Zdzisław Kubiak zdążył jednak spokojnie wrócić do Szczytna. Następnego dnia znów pojechał do Gdyni, ale fiata na parkingu już nie było – nie wiedział, że milicja odstawiła pojazd na swój parking.

Wyczuł zagrożenie. Dlatego część dokumentów ukrył w pobliskim garażu, a po powrocie do Szczytna spalił portfel taksówkarza i fikcyjną umowę, zaś taksometr, tabliczkę „wolny–zajęty” oraz kluczyki od fiata wrzucił do miejscowego jeziora.

Kilka dni później przyholował z Izabelina swego passata. Wydawało się, że ślady zbrodni zostały zatarte.

 

Życie za życie

W tym czasie rozpoczęto na dużą skalę poszukiwania Eryka Hanzela, którego zaginięcie zgłosiła żona. Jego fiat został rozpoznany na milicyjnym parkingu, ale o właścicielu słuch zaginął. Ślady w wozie wskazywały na zabójstwo, a zastępcze numery rejestracyjne – na sprawcę.

Zdzisław Kubiak początkowo wszystkiemu zaprzeczał. Próbowała go kryć młodsza siostra, ale w trakcie przesłuchań oboje pogubili się. W Wigilię Bożego Narodzenia 1982 roku naczelnik wydziału kryminalnego wziął podejrzanego na litość i wtedy sprawca przyznał się. Wskazał miejsce utopienia kierowcy i wyrzucenia jego rzeczy. W śledztwie dużo mówił o swoim trudnym życiu. Poddano go zatem obserwacji psychiatrycznej, która wykazała, że Kubiak był poczytalny w chwili popełnienia zbrodni, ale miał ograniczoną poczytalność w stopniu nieznacznym „ze względu na nieprawidłowe cechy osobowości i współistniejące objawy nerwicowe”.

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]