Do zbrodni doszło 23 kwietnia 1932 roku. Aby dokładniej poznać podłoże tej tragedii, trzeba cofnąć się w czasie o kilkanaście miesięcy. 26 grudnia 1930 roku, Władysław Krysiak, majster ciesielski, mieszkający we wsi Mikołajów pod Łodzią,  poślubił 43-letnią wdowę, Annę Kowalską. Pożycie małżeńskie było wyjątkowo krótkie – nazajutrz po ślubie Krysiak porzucił żonę, po czym wyjechał z Ozorkowa, gdzie obydwoje mieszkali, i powrócił do rodzinnego Mikołajowa. Jeszcze tego samego dnia zapukał do drzwi swojej kochanki, Józefy Szkudlarek. Kobieta mieszkała wraz z dwiema córkami, z których jedna – dwuletnia Kasia – była dzieckiem Krysiaka.

Co doprowadziło do tak szybkiego zerwania dopiero co zawartego małżeństwa? Wszędobylscy dziennikarze swoimi sposobami szybko odtworzyli kulisy zdarzeń i wydali wyrok. Według nich winę za rozpad związku ponosiła żona Krysiaka, Anna: „Oto jeszcze przed ślubem, gdy Krysiak starał się o wdowę Kowalską, zwierzył się jej, że ma nieślubne dziecko ze Szkudlarkówną, i że nie zamierza wyrzec się wobec nich obowiązku dbania o wychowanie dziecka i utrzymania jego matki. Kowalska, jak to zwykle bywa, przed ślubem była uosobieniem dobroci, łagodności i słodyczy. Zgadzała się na wszystko, nawet pochwalała szlachetne zamiary Krysiaka i przyrzekła mu, że – a jakże – sama się gotowa dzieckiem zająć. Już nazajutrz po ślubie, Krysiakowa pokazała pazury. Oświadczyła swojemu małżonkowi, że nie pozwoli mu na zajmowanie się losem tamtych dwojga istot, że nigdy nie zgodzi się na to, by tu – w Ozorkowie – miał żonę, a tam – w Mikołajowie – kochankę z dzieckiem. Krysiak był tak bardzo oburzony nagłą zmianą frontu  swej żony, że niewiele myśląc, wyprowadził się z powrotem do małej Kazi i do jej matki” – relacjonował jeden z łódzkich dziennikarzy.

Od tamtej pory Krysiakowa pałała podwójną żądzą. Po pierwsze – zależało jej na jak najszybszym powrocie męża do domu. Po drugie – gotowa była zgładzić obydwie rywalki: Józefę Szkudlarek i jej córeczkę. Często wyjeżdżała do Mikołajowa. Prosiła i błagała męża, by do niej wrócił, a gdy nalegania nie przynosiły żadnego skutku – zaczęła mu grozić. On jednak pozostawał nieugięty.

Była sobota, 23 kwietnia 1932 roku. Jakaś nieznajoma kobieta podeszła do grupki dzieci, bawiących się na bocznej drodze, między wsiami Kały i Mikołajów. Zaczęła dopytywać się, gdzie mieszka pan Krysiak. Po chwili odezwał się grzeczny, kilkuletni chłopiec:

– To bardzo blisko, niech pani ze mną pójdzie – zaproponował.

Nie wiedzieć czemu, nieznajoma nie skorzystała z tej propozycji. Nadal zagadywała dzieci, próbowała dowiedzieć się, które z nich jest córką Władysława Krysiaka.

– To ja jestem Kazia Krysiakówna. Chce pani iść do tatusia? – odezwała się jedna z dziewczynek.

Ale nieznajoma pani i tym razem nie chciała iść. Zaproponowała dzieciom, by poszły z nią do pobliskiego zagajnika brzozowego nazbierać kwiatków. A kto najwięcej nazbiera, ten dostanie czekoladę i cukierki. Dzieci z radością przystały na propozycję miłej pani, która za kwiatki obiecywała cukierki i po kilku chwilach w zagajniku pojawiła się cała gromadka.    Tymczasem nieznajoma zaopiekowała się Kazią i bardzo szybko odłączyła się z nią od grupy. „Niezbadany jest instynkt człowieka. Czasami dyktuje on nam jakieś dziwne odruchy, których rozum zbadać ani wytłumaczyć nie potrafi. Dzieci mają instynkt silniejszy od dorosłych: mała Kazia ociągała się z przechadzką do lasu, lękała się, sama nie wiedząc czego.” – opisywał dramat dziewczynki jeden z łódzkich dziennikarzy kryminalnych.

Dzień później znaleziono zwłoki małej Kazi. Śmierć nastąpiła wskutek uduszenia – dookoła szyi morderca zacisnął tasiemkę od fartuszka. Piąstki małego dziecka były zaciśnięte, dziewczynka broniła się, jak mogła. Policja od razu wytypowała sprawczynię zdarzenia, tym bardziej, że widziało ją w okolicy kilka osób. Aresztowana następnego dnia w rodzinnym Ozorkowie, początkowo wypierała się wszystkiego. Jednak kiedy świadkowie bez wahania stwierdzili, że widzieli ją w towarzystwie czterolatki – przyznała się do zabójstwa.

Proces przed łódzką Temidą wzbudził wielkie zainteresowanie, czego dowodziły tłumy gromadzące się przed sądem. „Blada twarz oskarżonej czyni wrażenie raczej pociągające. W rysach kobiety, ciemnej blondynki, nie wyryło się piętno zbrodni” – pisali sprawozdawcy sądowi. Anna Krysiakowa po wysłuchaniu aktu oskarżenia przyznała się do winy i przedstawiła swoją wersję wydarzeń.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze