Wiktor Smuga miał już swoje lata, ale jak na dziadka z ósmym krzyżykiem na karku trzymał się krzepko. Kiedy tylko mógł, wyrywał się z warszawskiego mieszkania w osiedlowym wieżowcu do chaty na Mazurach. Dobrą formę zawdzięczał pływaniu i żeglowaniu.

Pasji miał więcej. Domowy czas dzielił głównie między wnuki, znaczki i koty. Dumny był z nich wszystkich. Z wnuków przede wszystkim, bo kochane i rezolutne ponad miarę. Poza tym chłopcy niepodobni do siebie. Kubuś – mały, pucułowaty zadziora, a Tomek – wyciągnięty jak tyczka flegmatyk. Pat i Pataszon – myślał w duchu Smuga, a na głos porównywał ich do Lolka i Bolka z kreskówki.

Znaczkami interesowali się od małego. Najpierw kojarzyli je jako kolorowe obrazki, a potem wymieniali się całymi seriami. Jak wymiana nie szła po myśli, przezywali się:

– Kancer jesteś…

– A ty kasowany!

Zbierali wtedy znaczki do klaserów, które Smuga podarował im pod choinkę. Potem klasery poszły w kąt. Jakiś czas później znaczki znowu zainteresowały chłopaków. Odkryli, że można znaleźć je w Internecie. Identyczne jak te w klaserach dziadka… Obaj łebscy, znali już wartość pieniędzy, potrafili dodać dwa do dwóch.

Kolekcja Smudy nie przedstawiała wielkiego majątku. Jak każdy filatelista mógł powzdychać do słynnego Błękitnego Mauritiusa… Ale już kolekcji unikatowych znaczków Poczty Powstańczej Armii Krajowej mogli pozazdrościć mu amatorzy i znawcy filatelistyki. Tak, to był rarytas, w dodatku bliski niepodległościowym poglądom Smudy… Jako filatelista wiedział jednak, że cenne są – wstrętne mu ideologicznie – znaczki radzieckie z okresu stalinizmu. Zwłaszcza te z lat 1925-38, pod warunkiem, że są w idealnym stanie i oczywiście niekasowane. Właśnie takich perełek Smuda miał pokaźną kolekcję. Zawsze potrafił oddzielić przekonania od interesów. Te robił między innymi pracując w jedynym prywatnym sklepie filatelistycznym w latach 50. i 60. przy Placu Zbawiciela w Warszawie…

Smuda mógł godzinami opowiadać o znaczkach. Miał ich tysiące. Wydawało mu się, że pamięta je wszystkie, ale ostatnio nie mógł się niektórych doszukać. Alzheimera nie chciał w to mieszać… Najcenniejsze klasery trzymał na najwyższych półkach regału, w zamykanej szafce. Klucze odkładał na górę. Śmiał się, że mogą zawadzać tylko kotom, które lubiły wylegiwać się na półkach i gdzie popadnie. Kiedy wyjeżdżał, prosił wnuki o opiekę nad zwierzakami. Mieli dosypać suchą karmę, zmienić wodę, wyczyścić kuwetę… Dostawali klucze od mieszkania, no i parę złotych od dziadka…

Tym razem Smuda wrócił po trzech dniach zmęczony upałami. Kotom też temperatura musiała dać się we znaki, ale wody im nie brakowało. Ciekawe, który z wnuków miał dyżur – pomyślał Smuda, głaszcząc koty. Znaczki nie uciekną… Sięgając po klucze do regału, zawadził o taboret. Chyba tu nie stał, pomyślał, ale machnął ręką na bałagan i zaczął wyjmować klasery.

Nie, nie mógł się mylić! Wszystkie znaczki z tej kolekcji znał na pamięć. Powstańcza Poczta nie wydrukowała ich tak wiele. Na pierwszy rzut oka w klaserze niczego nie brakowało, a jednak zauważył zmianę. Wcześniej znaczki były ułożone ciasno na stronie, teraz odległości między nimi były większe. Trzech brakowało. Jak to się mogło stać? Klucze do mieszkania miał tylko on i wnukowie… Czyżby któryś nich?

Smuda kręcił głową z niedowierzaniem, rozglądając się po mieszkaniu. Zaraz, zaraz… Chyba już wiedział, któremu z wnuków podziękować za opiekę nad kotami. Sięgnął po telefon i wykręcił numer…

Jak sądzisz, kogo Wiktor Smuda podejrzewał o kradzież znaczków?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze