Buty robione na miarę, ręcznie szyte. Tradycyjnie, nieprzerwanie od prawie 150 lat. Ilekroć prokurator Jan Zawrotny bywał w Warszawie, tak planował spotkania, żeby mieć czas na spacer ulicą Chmielną. Przystawał przed ulubioną pracownią obuwia i oglądał modele wystawione w witrynie. Podziwiał ich klasyczny styl, wyszukane materiały, staranne wykonanie. Czasami wypytywał o wybrany model, ale nie umawiał się na wzięcie miary. Trzeba było czekać miesiąc albo dwa na wolny termin…

– Może innym razem – przytakiwał sprzedawcy.

O ceny nawet nie pytał. Nie stać go było na wyłożenie miesięcznej pensji na buty. Odkładał zakup na lepsze czasy. Wiedział, że ręcznie szytych butów nie pomyli z innymi.

Właśnie na nie patrzył. Eleganckie oksfordy. Lubił takie, ale w bardziej tradycyjnej wersji, z gładkiej skóry o wiśniowym odcieniu. Te przed nim wisiały około metra nad posadzką. Ich właściciel nie mógł udzielić wyjaśnień na temat gatunku skóry. W ogóle nie mógł udzielić wyjaśnień na żaden temat. Nie żył od co najmniej dwóch dni – jeśli wierzyć wspólnikowi właściciela butów…

Zawrotny od godziny badał okoliczności tragedii w hurtowni win. Po przyjeździe wysłuchał wstępnych informacji. Opowiadał Krzysztof W., współwłaściciel firmy. Kiedy w towarzystwie policjantów znaleźli się na miejscu, poprosił o opuszczenie hali. Chciał zbadać ją sam, zanim ekipa policyjnych techników zabierze się za robotę. Może coś wpadnie mu w oko?

Zwłoki Pawła Z., współwłaściciela hurtowni, wisiały na sznurze przerzuconym przez metalowe łącznice wzmacniające regały. Na nich, ustawione w rzędach, stały kartony win i plastikowe skrzynki po innych napojach. Dwie przewrócone puste skrzynki leżały w pobliżu ciała denata. Zawrotny przyłapał się na myśli, że więcej czasu zajęły mu oględziny butów ofiary, niż całego miejsca zdarzenia. Jeszcze raz uważnie rozejrzał się dookoła wisielca. Co mogło być przyczyną tak makabrycznego finału?

Nieco światła na zdarzenie rzucił Krzysztof W., współwłaściciel hurtowni. To on po przyjeździe do pracy w poniedziałek rano zawiadomił policję.

– Ostatni raz widziałem się z Pawłem przed weekendem. Omawialiśmy plan działania na najbliższe miesiące. Konkurencja coraz większa, obroty zwolniły… No, ale sytuacja nie jest tak tragiczna, żeby w taki sposób szukać rozwiązania problemów…

– Uważa pan, że Paweł Z. mógł popełnić samobójstwo?

– Nie mnie to oceniać, ale wiem, że w piątek wieczorem, kiedy się rozstawaliśmy, był żywy. Przez weekend firma jest zamknięta. A w poniedziałek rano wisiał w tej hali. Innych osób nie widziałem. To okropne, co się stało…

– Czy oprócz firmowych problemów pański wspólnik miał jakieś inne kłopoty? Może ktoś mu groził?

– Pewności nie mam, Paweł był znany z rozrzutnego stylu życia… Zwierzał mi się kiedyś, że wplątał się w romans z zamężną kobietą. Beznadziejna sprawa, bo sam miał piękną żonę. Więcej o tym nie rozmawialiśmy, chociaż było mi jej żal.

– Hmm… Proszę jeszcze raz opowiedzieć, jak natknął się pan na zwłoki wspólnika.

– Przyjechałem do pracy rano. Pokręciłem się w biurze, zacząłem przygotować zamówienie, poszedłem do hali. I wtedy go zobaczyłem. W pierwszej chwili chciałem podbiec, pomóc… Ale zorientowałem się, że jest już za późno. No i nie chciałem niczego ruszać, żeby nie zatrzeć śladów.

– Będziemy musieli o nich porozmawiać, jak tylko skończą je badać policyjni technicy. Proszę nie opuszczać miejsca zamieszkania.

 Dlaczego prokurator Zawrotny wątpił w samobójczą śmierć Pawła Z.?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze