Mecenas Janusz K. był człowiekiem wielu talentów: znawcą literatury, kolekcjonerem ikon. Potrafił o nich zajmująco opowiadać. Goście jednak bardziej niż artystyczne cenili kulinarne pasje mecenasa. Gotował z wyczuciem, jego potrawy smakowały wybornie. Nalewki też.

Tego sobotniego wieczora w salonie poza mecenasem zasiadły do obiadu cztery osoby. Małżonkowie Zofia i Antoni C., ich znajoma Małgorzata oraz Wojciech G. Towarzystwo bawiło się w najlepsze, ale zapadł już zmrok i goście zaczęli zerkać na zegarki. Było wpół do szóstej.

– Musimy wracać do Warszawy, pies się wścieknie, siedzi sam cały dzień – zarządziła Zofia C.

– Ja też już pójdę. O godzinie 18 mam pociąg. Kolejny o 19. Jak jeszcze zostajecie, to i ja pojadę później – podniosła się Małgorzata.

– Ależ możesz się z nami zabrać! – zaprotestowali zgodnie państwo C.

– Nie róbcie sobie kłopotu. Pociągiem dojadę do centrum, prawie pod dom – powiedziała, sięgając po długi płaszcz.

Gospodarz wyciągnął butelkę nalewki i rozpoczął serię pożegnalnych toastów. Pakował też potrawy i owoce z półmisków, których sporo pozostało po uczcie.

– Nie zostawiajcie mnie z tym majdanem, ja też nie zostaję tu na noc. Umówiłem się z kolegą z Mińska, że zabierze mnie na zjazd prawników – argumentował mecenas K., wciskając melona Małgorzacie C.

– Dziękuję, za ciężki. W torbie mam książkę. Dojazd zajmie 50 minut, wykorzystam czas na lekturę naszej noblistki – pokazała na „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk.

– Podróż autem pewnie potrwa dłużej, bo korki przed stolicą. No i towarzystwa noblistki nie przebijemy, ale chociaż podwieziemy cię na dworzec – zadeklarowała Zofia C.

Tego wieczora to ona prowadziła, pozwoliwszy mężowi na spożywanie alkoholu. Antoni C. skwapliwie korzystał z okazji.

Czwarty z towarzystwa, Wojciech G. zadzwonił po taksówkę, która miała go zabrać do pobliskiego Kałuszyna.

Kiedy wszyscy wyszli przed dom, mecenas zamknął drzwi, a zapasowe klucze schował pod donicą. Gościom wyjaśnił, że w tygodniu do domu miała zjechać jego kuzynka Mirella.

To właśnie ona odkryła brak ikon. Ze ściany w salonie zniknęły trzy. Tryptyk ze świętym Mikołajem był ozdobą kolekcji mecenasa K., cennym choć niewielkich rozmiarów świadectwem sztuki sakralnej Kościoła wschodniego.

Mirella od razu zadzwoniła do mecenasa:

– Słuchaj, nie zabrałeś czasem ikon, tych z Mikołajem?

– Ależ skąd, wiszą w salonie nad komodą.

– Już nie. Może ktoś ukradł?

– Dzwoń po policję. Będę najszybciej jak się da.

Kiedy mecenas dojechał do R., pod domem parkowała już policyjna kia.

Komisarz Ryński rozpoczął od rutynowych pytań. Poprosił o dokładną relację z weekendowego spotkania. Interesowało go, kiedy goście opuścili dom mecenasa i czy widział się z nimi od sobotniego wieczora.

Mecenas odpowiedział, że nie. Natomiast dzwonił do wszystkich i wie, jak dotarli do domów.

Państwo C. trafili na korki 30 km przed Warszawą. Dowlekli się do domu przed godziną 21.

Małgorzata C. miała rację, wybierając pociąg. Była w domu o prawie godzinę wcześniej od państwa C.

Wojciech G. nie czekał długo na taksówkę. Pojechał prosto do Kałuszyna.

– A czy pańska kolekcja ikon jest ubezpieczona? – zapytał komisarz Ryński?

– Tak. Ale chyba nie podejrzewa pan, że… – mecenas zaniemówił.

– Muszę brać różne warianty pod uwagę. Wszystkim będę musiał zadać kilka pytań. Poproszę adresy pańskich gości.

 

Jaki przebieg kradzieży ikon na tym etapie dochodzenia wydawał się komisarzowi najbardziej prawdopodobny?

 Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze