Było sobotnie popołudnie. Porucznik Jankowski siedział w domu i czekał na swój ulubiony serial „Kosmos 1999”, który dla miłośników science ficton był najciekawszą produkcją telewizyjną w 1978 roku. Tadeusz Sznuk, prowadzący „Studio 2” razem z Bożeną Walter, zapowiadał właśnie kolejny odcinek filmu, kiedy obraz zaczął znienacka migotać i śnieżyć. – Pewnie znowu coś z anteną na dachu – pomyślał Jankowski.

Środowa wichura chyba uszkodziła antenę, bo od trzech dni co pewien czas na ekranie telewizora pojawiały się dziwne czarne pasy. Być może z pomocą żony spróbowałby coś poprawić, gdyby nie telefon z komendy miasta. Jak zawsze nie zwiastował on niczego dobrego.

Ostatniej nocy dokonano włamania do miejscowego muzeum. Podwładni Jankowskiego od kilkunastu godzin prowadzili śledztwo, ale nie mieli żadnego punktu zaczepienia. Wiedzieli, że tego dnia ich szef ma wolne, ale, bezradni, postanowili poprosić go o pomoc.

Szefie, sprawa jest prawie beznadziejna – referował sprawę chorąży Balicki, kiedy porucznik Jankowski przyjechał do muzeum. – Ktoś napadł na dyrektora w jego gabinecie. Mężczyzna został dłużej w pracy, pisał jakąś pracę. Sprawca wybił szybę w oknie gabinetu, potem uderzył dyrektora z całej siły w tył głowy, zabrał mu klucze od sejfu, który splądrował. Nie wiemy jeszcze, co zginęło.

Coś więcej? Jacyś świadkowie?

– W całym budynku nie było nikogo oprócz portiera. Kilka godzin wcześniej rozpoczął 24-godzinny dyżur. To on nas zawiadomił o włamaniu i napadzie. Przesłuchaliśmy go, ale nic ciekawego nie zeznał.

– Gdzie go znajdę? Chcę z nim porozmawiać.

– Pewnie siedzi na portierni. Doszedł już do siebie.

Kilka minut później porucznik Jankowski rozmawiał z portierem, który jeszcze raz opowiadał o dramatycznych zdarzeniach ostatniej nocy.

To się stało około godziny 22 – relacjonował. – Godzinę wcześniej skończyłem obchód całego muzeum. Od tamtej pory siedziałem na portierni i przy włączonej lampce czytałem najnowszy numer „Ewa wzywa 07”, tego popularnego miesięcznika kryminalnego. Nagle usłyszałem dźwięk tłuczonej szyby. Pomyślałem, że to włamywacz. Wykręciłem z lampy żarówkę, bo wyłącznik był zepsuty. Wziąłem ją ze sobą. Miałem taki plan, że jak zobaczę złodzieja, to rzucę tą żarówką z całej siły o podłogę i przestępca wystraszy się, a może nawet pomyśli, że ktoś strzela! Skradając się na palcach, podszedłem do drzwi gabinetu dyrektora. Otworzyłem je i wtedy zobaczyłem, że nieszczęśnik leży przy biurku, a jakiś typ wyskakuje przez otwarte okno. Wróciłem na portiernię, wkręciłem żarówkę i zadzwoniłem na milicję. To wszystko, nie mam nic więcej do dodania.

Porucznik poszedł do gabinetu dyrektora i dokładnie obejrzał miejsce napadu. Na podłodze leżały jeszcze odłamki szkła z wybitej szyby. Nieopodal okna stało dębowe eleganckie biurko. To tutaj znaleziono rannego dyrektora. Na szczęście, jak się dowiedział, jego obrażenia nie były zbyt groźne i najpóźniej za kilkanaście dni miał wrócić do pracy. Porucznik jeszcze raz spojrzał na gabinet, przypomniał sobie zeznania portiera i zawołał chorążego Balickiego.

Zatrzymajcie tego portiera. Niezłą bajeczkę wymyślił z tym włamywaczem, ale pogubił się w szczegółach!

– Panie komisarzu, ale dlaczego? Przecież nic nie wskazuje na to, aby facet miał coś na sumieniu.

– Oj, chorąży, chorąży. Trzeba słuchać, co ludzie mówią i dokładnie analizować.

Dlaczego komisarz miał podstawy, by podejrzewać portiera o popełnienie napadu?

Rozwianie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze