Wcześnie owdowiały, 68-letni Harry Morgan, mieszkał w niewielkiej miejscowości. Było to idealne miejsce do życia na tzw. stare lata. Życzliwi sąsiedzi, blisko las i jezioro. Jedynym mankamentem był brak sklepu w pobliżu. Wprawdzie kilkanaście kilometrów supermarket, ale nikomu nie chciało się tam codziennie jeździć po gazetę, czy pieczywo. Takich miejscowości jak ta było w okolicy kilka. Lokalni przedsiębiorcy szybko wpadli na pomysł, jak zarobić i ułatwić życie mieszkańcom.

Przez pięć dni w tygodniu (od poniedziałku do piątku) pracownik piekarni dostarczał pieczywo. Raz w miesiącu mieszkańcy składali zamówienie, a później świeże bułeczki każdego ranka czekały w torbie zawieszonej na klamce drzwi wejściowych. Codziennie też pojawiał się doręczyciel gazet. Mleczarz przyjeżdżał trzy razy w tygodniu (w poniedziałki, środy i piątki) i zostawiał pod drzwiami butelkę z mlekiem.

W piątkowy poranek przed domem Harrego Morgana pojawił się listonosz. Zadzwonił domofonem znajdującym się przy furtce, ale nikt mu nie otworzył. Mężczyzna szybko wydedukował, że starszy pan nigdzie dalej nie wyjechał, ponieważ jego samochód stał pod wiatą. Wiedział także, że gospodarz dba o formę i jak tylko pogoda sprzyja, wybiera się rankiem popływać w jeziorze. Listonosz jednak nie mógł zostawić listu w skrzynce, ponieważ potrzebne mu było pokwitowanie odbioru przesyłki. Na szczęście miał jeszcze korespondencje dla innych, dlatego postanowił uporać się z tym i przyjść później. Po 30 minutach ponownie zjawił się przed domem pana Morgana. Nacisnął guzik domofonu, ale znowu nikt nie otwierał. – Może się zepsuł – pomyślał i postanowił wejść na teren posesji i zadzwonić dzwonkiem przy drzwiach (nikt nie zamykał furtek na klucz, aby dostawcy mleka, pieczywa i gazet mogli bez problemu zostawić produkty, kiedy mieszkańcy jeszcze smacznie spali). Jednak i teraz na dzwonienie do drzwi i pukanie nikt nie odpowiadał. Uwagę listonosza przykuły sprawunki pod drzwiami. Stała tam jedna butelka mleka, leżały trzy gazety i torebka z pieczywem. Jedna z bułek wyturlała się z reklamówki.

Listonosza zaniepokoił ten widok. Wynikało z niego, że pan Morgan nie odebrał sprawunków. – Może zasłabł i potrzebuje pomocy – pomyślał. Trochę niepewnie nacisnął klamkę, ku jego zaskoczeniu drzwi się otworzyły. Wszedł do środka. Zrobił zaledwie kilka kroków i oniemiał. Na podłodze, w kałuży zakrzepłej krwi, leżał Harry Morgan. Wyglądał jak martwy. Listonosz pochylił się nad nim, by sprawdzić puls. W tym czasie pod domem zatrzymał się samochód mleczarza. W piątki dostawca mleka, wyjątkowo przyjeżdżał później, ponieważ rano udawał się ze swoimi wyrobami na targ do pobliskiej miejscowości. Mleczarz wziął z samochodu butelkę przeznaczoną dla pana Morgana, a kiedy stanął pod drzwiami – znieruchomiał.

Listonosz natychmiast wyprostował się i zaczął opowiadać, co się stało. Jednak mleczarz nie słuchał jego tłumaczeń, chwycił za telefon i wybrał numer policji. Po kilkunastu minutach mundurowi byli na miejscu. Zakuli w kajdanki listonosza, ale zabrali również mleczarza, aby złożył zeznania.

Sekcja zwłok wykazała, że Harry Morgan zginął od ciosów zadanych ostrym narzędziem, prawdopodobnie nożem. Narzędzia zbrodni nie znaleziono w mieszkaniu zamordowanego. Na ciele denata ujawniono odciski palców listonosza. Jednak śledczy udowodnili, że to nie on zamordował Harrego Morgana.

Jak śledczy wpadli na trop zabójcy?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze