Mariusz Samoraj wrócił zmęczony do domu po 12-godzinnym dyżurze w prywatnej lecznicy. – Nóg nie czuję, jestem padnięty – rzucił tylko do żony. – Zamiast 30 pacjentów przyjąłem ich chyba dwa razy więcej. Przez tą zmienną pogodę choruje chyba pół miasta.

Nie skończył jeszcze użalać się nad sobą, kiedy zadzwoniła jego komórka. Usłyszał słaby głos rozmówcy. – Panie doktorze? Mówi Janusz Świetlicki. Czy mógłby pan jeszcze dzisiaj do mnie przyjechać. Fatalnie się czuję… Już nie wiem, co robić. Lekarstwa, które mi pan przepisał, chyba jednak są za… Rafał! Nie! Nie rób tego…

Samoraj nie mógł się mylić. Padł strzał, po którym zapadła cisza. Usłyszał jeszcze tylko dźwięk telefonu, który chyba upadł na ziemię. – O cholera, to się porobiło! – zaklął, a robił to bardzo rzadko.

Co się stało?– spytała wystraszona żona.

Przed chwilą zadzwonił do mnie Świetlicki – wyjaśnił. – Pewnie go znasz. Prowadzi masarnię, która zaopatruje większość sklepów w okolicy. Facet leczy się u mnie od kilku lat na nerki. Jakimś dziwnym głosem do mnie mówił. W trakcie rozmowy ktoś do niego strzelił. Wsiadam w samochód i jadę do niego. Kto wie, może potrzebuje pomocy. Każda sekunda się liczy! A ty zadzwoń na policję, powiedz, żeby przyjechali do niego, do domu. Ulica Kwiatowa, ostatni dom po lewej stronie. Dalej nic nie ma, tylko las, z łatwością trafią.

 

***

Kwadrans później Samoraj podjechał pod okazałą willę Janusza Świetlickiego. Niemal w tym samym momencie zaparkował tam swoje auto komisarz Mańkowski z miejscowej komendy policji. Mężczyźni znali się, bo Samoraj kiedyś pracował w miejscowym pogotowiu i przy okazji niejednej interwencji spotykał się z policjantami.

To pana doktora też już powiadomili? – zagadnął Mańkowski.

Nikt mnie nie powiadomił. Akurat rozmawiałem z Januszem Świetlickim, kiedy ktoś do niego strzelił. Nawet nie wiem, w jakim jest stanie.

 

***

– To ja zadzwoniłem na policję – przywitał mężczyzn Włodzimierz Sikorski. – Dobrze, że pan już jest, doktorze Samoraj. Może uda się go uratować. Jestem szwagrem Janusza.

Okazało się, ze mężczyzna jest martwy. Leżał na podłodze w swoim gabinecie, w zakrwawionym  ubraniu.

– Może pan opowiedzieć, co tu się stało? – poprosił komisarz Mańkowski.

– Oczywiście! Od miesiąca korzystamy z gościny Janusza, bo nasze mieszkanie jest w remoncie. Szedłem korytarzem do kuchni, gdy usłyszałem jak do pana telefonował. Chwilę później padł strzał. Natychmiast wbiegłem do jego pokoju. Widziałem tylko, jak jakiś mężczyzna wyskoczył przez okno. Nie wiem, czy się mylę… To był chyba jego osobisty kierowca, Rafał Madaliński. Słyszałem, jak wczoraj o coś się pokłócili. Szwagier krzyczał, że jak jeszcze raz zrobi taki numer, to go wyrzuci z pracy.

Jaki numer? O co mu chodziło? – dopytał policjant.

Niestety nie wiem…

 

***

Chyba mamy podejrzanego o zabójstwo. Trzeba tylko znaleźć tego kierowcę. Myślę, że nie będzie z tym kłopotu – stwierdził komisarz Mańkowski.

– Wydaje mi się, że kto inny jest sprawcą dramatu – powiedział Samoraj. – Mam podstawy, żeby tak przypuszczać.

Detektyw zrobił zdziwioną minę, bo nie wiedział, o co chodzi. – Panie doktorze, ale o co chodzi?

Kogo doktor Samoraj podejrzewał o zabójstwo Janusza Świetlickiego?

Rozwiązanie zagadki kryminalne na następnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze