Katarzyna Wojdecka bezskutecznie dobijała się do mieszkania swojego wuja Andrzeja Krawczyka. Od kiedy w zeszłym roku zmarła jego żona, Krawczyk nie mógł pogodzić się z losem. Może dlatego, że wszystko stało się tak nagle i prędzej spodziewałby się pioruna na bezchmurnym niebie niż tego, że widzi ukochaną żonę ostatni raz w życiu! Rano odwiózł ją do pracy w miejscowej przychodni zdrowia, gdzie była główną księgową. Kilka godzin później odebrał telefon z informacją, że pogotowie zabrało ją z podejrzeniem ataku serca do szpitala.

Wsiadł do samochodu, i jadąc „ile fabryka dała”, po kwadransie był już w szpitalu. Niestety, kilka minut wcześniej lekarz stwierdził zgon kobiety. – Nie mogliśmy nic zrobić, to był częstoskurcz komorowy. Taka choroba często nie daje wcześniej charakterystycznych oznak. Tak mi przykro…

Pani Katarzyna przychodziła do wuja w każdą środę. Prała, sprzątała, jeśli miał takie życzenie – gotowała mu obiad, czasem na 2-3 dni. Oczywiście nie za darmo. Wuj dobrze płacił. Andrzej Krawczyk cały wolny czas spędzał w stajni, która była oczkiem w głowie jego i żony. Zbudowali ją 15 lat wcześniej. Zresztą pasja do koni połączyła ich jako małżeństwo.

Tamtej kwietniowej środy nikt nie odpowiadał na pukanie. Zdziwiona pani Katarzyna weszła do ogródka, aby stamtąd zajrzeć do kuchni i salonu. Dopiero po chwili zobaczyła zarys jakiejś postaci leżącej na podłodze. – To chyba wujek – przemknęło jej przez myśl, ale nie była tego pewna. Wprawdzie miała ze sobą komórkę, ale zapomniała poprzedniego dnia doładować konto i mogła tylko odbierać rozmowy przychodzące. Pobiegła do sąsiadów, poprosiła o zawiadomienie pogotowia i policji.

– Przecież na komendę można zadzwonić za darmo z każdego telefonu, nawet jak nie ma grosza na koncie – sarkastycznie zauważył sąsiad Krawczyka (panowie nie byli w najlepszej komitywie z powodu konfliktu o psa Krawczyka, który rzekomo udusił kilka kur sąsiada), ale Wojdecka udała, że nie słyszy tej głupiej uwagi…

Kilka minut później pod dom Andrzeja Krawczyka podjechał policyjny radiowóz, zaraz potem dojechała karetka pogotowia. Drzwi wejściowe były zamknięte i trzeba było wybić szybę, by dostać się do wnętrza mieszkania. Leżącym na podłodze mężczyzną okazał się Andrzej Krawczyk. Katarzyna Wojdecka, którą poproszono o identyfikację denata, nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Ciało leżało twarzą do podłogi, z kuchennym nożem wbitym w plecy. Najprawdopodobniej denat używał go wcześniej do przygotowania sobie śniadanie, bowiem w kuchni leżały ukrojone dwie kromki chleba razowego, plasterki wędliny i masło, którym Krawczyk nie zdążył posmarować sobie pieczywa.

Komisarz Marczak nie zdążył jeszcze obejrzeć dokładnie miejsca zbrodni, kiedy przez okno w salonie spostrzegł, że od strony furtki nadchodzi młody mężczyzna ubrany w czarną bluzę z krótkim rękawem, dżinsowe spodnie, ze słomkowym kapeluszem na głowie. – Ki diabeł? – zastanowił się komisarz, który wyszedł na spotkanie nieznajomego. Spotkał się z nim na tarasie.

– Kim pan jest? – pierwszy zapytał Marczak.

– To może pan mi wyjaśni. Często tu bywam i nigdy pana nie widziałem – nieznajomy nie dawał za wygraną.

– Komisarz Marczak. Prowadzę śledztwo w związku z zabójstwem Andrzeja Krawczyka. Może pan się domyśla, kto może mieć z tym coś wspólnego…

– Boże! To niemożliwe! To taki dobry człowiek. Przed rokiem stracił żonę, a teraz po niego przyszła kostucha…

– Kim pan jest i co tutaj robi? – dociekał policjant.

– Nazywam się Roman Barański, nie mam ze sobą dowodu, bo prawie nigdy go nie noszę, ale to chyba żadne przestępstwo. Przychodzę co drugi dzień pomagać w stajni pana Krawczyka. Na pewno ja go nie zakłułem. Może to ci Ukraińcy, których od kilku tygodni zatrudniał w obejściu. Płacił im połowę mojej stawki. Bałem się, że przez nich stracę pracę. Ale ja ich tylko raz albo dwa widziałem, nic więcej o nich nie wiem. To pan Krawczyk mi o nich opowiadał. Pewnie go zabili, potem obrabowali i uciekli gdzieś w świat. Pewnie niełatwo będzie ich znaleźć. Nawet nie wiem, jak się nazywali! Co jeszcze chciałby pan wiedzieć? Bo na razie to niewiele panu pomogłem.

– Myli się pan. Śledztwo jeszcze się nie rozkręciło, a pan już dużo mi pomógł. Już mam pierwsze podejrzenia! Pojedzie pan z nami na komisariat. Będzie pan musiał wyjaśnić jeden szczegół ze swojej opowieści.

Co zwróciło uwagę komisarza w rozmowie z Romanem Barańskim?

Rozwiązanie na następnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze