Było piątkowe popołudnie, kiedy oficer dyżurny komisariatu w podwarszawskim Otwocku został powiadomiony o tragedii w willi Ewy i Mariana Gawrońskich. Jak wynikało z telefonicznego zgłoszenia mężczyzny, kobieta popełniła samobójstwo, strzelając sobie w głowę. Porucznik Majewski, razem z dwoma milicjantami z wydziału dochodzeniowo-śledczego ruszyli na miejsce zdarzenia.

Trafić tam nie było łatwo, błądzili po wąskich, asfaltowych drogach. W pewnym momencie zatrzymali samochód pod sklepem z szyldem „Artykuły spożywczo-przemysłowe”. Jedna z setek podobnych do siebie placówek Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”. Pod sklepem grupa osób, w większości kobiet, czekała na dostawę mięsa i wędlin.

Obok sklepu stało kilku młodzieńców. Jeden z nich wyciągnął paczkę carmenów, wyjął papierosa, zapalił i trzymając nonszalancko między palcem wskazującym i kciukiem, pociągnął łyk z butelki.

– Kopsnij szluga – poprosił go jeden z kumpli.

– Przyjechali kowboje, każdy pali swoje – rzucił zawadiacko.

– Przyjechali bandyci, każdy pali, co chwyci – krzyknął młody blondyn i wyrwał drugiemu paczkę papierosów.

Było już o krok od awantury, ale widok nadchodzącego milicjanta podziałał na młode, zadziorne charaktery jak kubeł zimnej wody.

– Gdzie mieszkają Gawrońscy? To podobno najbogatsi ludzie w okolicy – porucznik Majewski zapytał o cel podróży.

– Tą brukowaną drogą do końca, jakiś kilometr, potem, na rozwidleniu, trzeba skręcić w lewo i jechać do samego jeziora. Ich willę będzie zresztą widać z daleka, trudno zabłądzić – szczegółowo wytłumaczył jeden z mężczyzn.

Kilka minut później byli u celu. Porucznik wraz z dwójką współpracowników zajął się oględzinami miejsca dramatu. W sypialni na pierwszym piętrze, przy toaletce, leżało ciało Ewy Gawrońskiej. Obok prawej ręki broń, z której padł strzał.

– Co tu się wydarzyło? – zwrócił się do Mariana Gawrońskiego, męża denatki, siedzącego w salonie na parterze.

Mężczyzna miał na sobie oliwkowe sztruksy, ciemne mokasyny i tweedową niebieską marynarkę.

– Cały czas nie mogę dojść do siebie. Nie wiem, dlaczego ona to zrobiła. Nie zostawiła żadnego listu pożegnalnego. Cóż, to wszystko przez tę chorobę…

– Jaką chorobę? – zainteresował się porucznik.

– To przykra sprawa… Postępująca schizofrenia. Nie chciała chodzić do lekarza, nie brała lekarstw. Twierdziła, że to ja wmawiam jej chorobę, bo nie umiała się pogodzić z faktami. Chorobliwa zazdrość była jej efektem ubocznym. Dzisiaj, przy obiedzie, zrobiła mi awanturę z powodu rzekomej kochanki. Wczoraj spotkałem się ze znajomą w kawiarni w Otwocku w sprawach zawodowych. Ktoś życzliwy doniósł o tym Ewie i to było pretekstem do kłótni. Na szczęście szybko wyjaśniłem, w czym rzecz. Przeprosiła mnie za wybuch złości, wydawało mi się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Wieczorem mieliśmy jechać na galę wręczenia nagród „Orły nauki i techniki” w hotelu Victoria, bo nasz znajomy dostał jedno z wyróżnień. Ewa poszła do sypialni szykować się do wyjazdu. Zrobiło się już późno, czekałem w salonie gotowy do wyjścia, kiedy usłyszałem strzał. Pobiegłem na górę, zobaczyłem Ewę leżącą na podłodze, a obok niej mój pistolet. Krew na skroni wszystko tłumaczyła. Żona nie żyła. Zamknąłem sypialnię, zszedłem na dół, zadzwoniłem po milicję i pogotowie. Nie wchodziłem tam więcej, to przykry widok!

A skąd wzięła broń?

– To mój pistolet, mam na niego zezwolenie. Znała szyfr do sejfu, gdzie go trzymałem razem z pieniędzmi, więc pewnie go wyjęła. Ale dlaczego strzeliła sobie w głowę? Przecież nie miała powodu…

– Obawiam się, panie Gawroński, że to nie było samobójstwo. Sądząc z pana relacji, to pan jest sprawcą jej śmierci! – stwierdził porucznik Majewski.

– Jak pan śmie tak twierdzić?! – krzyknął oburzony mężczyzna.

– Już teraz mam dwa powody – oznajmił milicjant.

 

Porucznik Majewski blefował czy miał powody, by podejrzewać Gawrońskiego o zabójstwo żony?

 Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze