Profesor Andrzej Maćkowiak, na co dzień naukowiec zajmujący się biologią molekularną, był wielkim pasjonatem przedwojennych płyt. Zgromadził całkiem pokaźną kolekcję czarnych krążków, z których najbardziej cenił sobie te z polską muzyką. Płyty zajmowały w jego gabinecie dużo miejsca, a muzyka nie była pozbawiona szumów i trzasków, ale doskonale się przy niej relaksował. – Dzięki winylom celebruję słuchanie muzyki, która ma duszę – tłumaczył wnukom, kiedy pytali go, dlaczego nie korzysta z nowoczesnego sprzętu hi-fi, stojącego w salonie. Profesor wolał usiąść w swoim gabinecie i rozkoszować się dźwiękami płynącymi ze starego gramofonu, który kupił niedawno podczas służbowego pobytu w Berlinie.

Gabinet na pierwszym piętrze był jego królestwem i poza garstką przyjaciół rzadko kogo tam wpuszczał. Wiele rzeczy miało długą historię: maszyna do pisania, biurko, fotel, mosiężna lampka z imponującym abażurem wysadzanym bursztynami. Często samotnie spędzał tu długie wieczory, pracując nad sobie tylko znanymi pracami naukowymi, pisząc listy na maszynie do pisania (wprawdzie na biurku stał laptop, ale niechętnie z niego korzystał) albo czytając książki i sącząc przy tym ulubioną szkocką whisky. Kilka razy zdarzyło mu się nawet zasnąć w fotelu i wtedy budził go rano ktoś z rodziny.

Tamtego grudniowego poranka, kilka minut po godzinie 6, po tym jak nie zszedł do sypialni na parterze, zaniepokojony syn Marian Maćkowiak, poszedł do gabinetu obudzić ojca. Ku jego zaskoczeniu, drzwi były zamknięte, a w drzwiach od wewnątrz tkwił klucz. Marian zapukał głośno kilka razy, ale nikt nie otwierał. Zaniepokojony zadzwonił po policję.

Kwadrans później komisarz Dębowski razem z aspirantem Łuczakiem z miejscowej komendy policji byli na miejscu. Potwierdzili, że klucz tkwi w drzwiach z drugiej strony i dlatego nie można ich otworzyć.

– To może je wyważyć? – zaproponował Łuczak.

– Oczywiście – zgodził się syn. Powinny zaraz ustąpić, bo są z lekkiej płyty paździerzowej.

Chwilę później byli wewnątrz.

– Ciemno, gdzie tu włącznik? – zapytał jeden z policjantów.

Marian Maćkowiak natychmiast wcisnął przycisk przy drzwiach. Zrobiło się jasno. Zobaczyli profesora siedzącego przy biurku na wprost maszyny do pisania, z zapisaną kartką papieru. Dobrze, że nie wywiał jej przeciąg powstały przy otwarciu drzwi! W gabinecie było bardzo zimno, bo okno – z którego roztaczał się widok na kameralny, niewidoczny dla sąsiadów ogród, było otwarte.

Profesor siedział bezwładnie przy biurku, nie dawał znaku życia. Obok stała szklanka z jakimś płynem na dnie. Komisarz spojrzał na zapisaną kartkę papieru: „Kochani. Przez opętanie hazardem straciłem wszystkie pieniądze. Nie mam siły dłużej walczyć. Przed chwilą wypiłem truciznę, podobno działa błyskawi…”.

Niedokończony, urwany tekst wszystko tłumaczył.

– Profesor wypił truciznę ze szklanki stojącej obok maszyny do pisania. Rzadko się zdarza, żeby samobójca nie zdążył dokończyć pożegnalnego listu. Tak właściwie to nie mamy tutaj nic więcej do roboty – stwierdził aspirant.

– Jakie samobójstwo? Jestem przekonany, że profesor został zamordowany – zdecydowanym głosem stwierdził komisarz Dębowski.

Czy miał podstawy tak przypuszczać?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze