Wartość skradzionych rzeczy była niewielka, ale dla ich właścicieli – znaczna. Kiedyś złodziej zabrał Jóźwikowej 20 słoików z powidłami śliwkowymi. Kobieta aż się popłakała, bo miały być dla jej wnusia.

Milicja niechętnie przyjmowała takie zgłoszenia, a niska szkodliwość czynu powodowała, że poszkodowani byli odprawiani z kwitkiem. Mundurowym nawet szkoda było ludzi, ale mieli poważniejsze problemy na głowie.

Mieszkańcy organizowali patrole obywatelskie. Czaili się na niego w krzakach, wyposażeni w kije i inne akcesoria. Kiedy jednak czekali na niego, nigdy się nie pojawiał. Wreszcie doszli do wniosku, że to musi być ktoś z ich miejscowości. Ktoś, kto zna ich grafik. Pojawiły się pierwsze oskarżenia, podejrzenia i nerwowe wymiany zdań. Postanowili działać w pojedynkę. Nikt już nie miał do nikogo zaufania.

Pewnego razu Zenon Baszkiewicz przybiegł do komisariatu, ledwo łapiąc oddech.

– Mam go, mam go! – wołał od drzwi.

Po chwili tłumaczył, że zaczaił się na złodzieja. Był sam, więc nie wchodził mu w paradę. Bał się. Nie widział go dobrze, bo była noc, a on ukrył się w nie najlepszym miejscu. Nie potrafiłby go rozpoznać, ale zrobił mu zdjęcie. Z dumą położył fotografię na biurku.

Baszkiewicz tłumaczył, że wie, że to zdjęcie od tyłu, ale nie mógł go zrobić inaczej, bo zdradziłaby go lampa błyskowa. I tak się bał jak diabli.

– To musiał być złodziej, bo następnego dnia rano Kowalska płakała do sąsiadek, że znowu ją okradł. Nie słuchałem, bo spieszyłem się na PKS. Jechałem do miasta, aby jak najszybciej wywołać kliszę.

– Baszkiewicz, nie zawracajcie mi głowy – warknął milicjant. – Jak ja mam poznać tego złodzieja? Po karku?

Zenon spuścił oczy. Przeprosił za kłopot i ruszył do domu. Po drodze spotkał przed obejściem Gabrysiaków grupkę młodych chłopaków. Znał ich wszystkich doskonale. Był wśród nich Waldek Gabrysiak, Kazik Derdek i Roman Pojarski.

Zenon Baszkiewicz chwilę porozmawiał z młodymi mężczyznami. Jego uwagę zwróciła czapka z daszkiem, którą miał na głowie Kazik Derdek. Starał mu się nie przyglądać zbyt nachalnie…

– A tobie co się stało w rękę? – spytał Baszkiewicz Pojarskiego.

– Nic takiego, skaleczyłem się przy robocie.

– Musisz patrzeć, gdzie wsadzasz łapy – zarechotał Waldek Gabrysiak.

– Na mnie już pora, chłopaki – powiedział Baszkiewicz, ale zamiast iść do domu, wrócił do komisariatu.

– Już wiem, kto jest złodziejem! – ryknął, przekroczywszy próg komisariatu.

 

Kto według Baszkiewicza był złodziejem?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze