Policyjny dyżur w poniedziałek 21 stycznia 2019 roku toczył się leniwie. Do czasu. „Kogo jeszcze diabli niosą?” – komisarz Marek Ryński z komendy dzielnicowej w Warszawie z niechęcią sięgnął po słuchawkę. Że też zawsze do mnie muszą dzwonić – pomyślał z niechęcią.

– Komisarz Ryński, słucham – prawie warknął do słuchawki.

– Aspirant Baczko. Panie komisarzu, melduję, że zgłosił się obywatel, któremu skradziono auto…

– Nie jemu pierwszemu – przerwał Ryński. – Spisz dane i po sprawie.

– Spisałem, ale obywatel chce jeszcze rozmawiać z oficerem, bo auto było luksusowe i on stratny jest. W dodatku ma świadka.

– A co wy, aspirancie, gwarą mówicie? Ze wsi jesteście?

– Ja nie, ale ten stratny obywatel tak.

– No dobra, dawaj go.

– Samego, czy ze świadkiem?

  – Obu.

Po chwili do pokoju Ryńskiego weszło dwóch mężczyzn.

– Rogowski, Stefan Rogowski jestem, z Bosewa. A to mój świadek, znaczy szwagier, Jerzy Stankiewicz z Warszawy. Chciałem zgłosić, że ukradli mi hondę CRV…

– Panowie usiądą. Proszę opowiedzieć po kolei, co się stało. I dlaczego nie zgłosił pan kradzieży w komisariacie w Długosiodle.

Stefan Rogowski wcale się nie zdziwił, że policjant wie, że Bosewo leży niedaleko Długosiodła. Każdy powinien wiedzieć… Ryński wiedział, bo często jeździł w tamte okolice do znajomych na daczę.

– Bo to w Warszawie się stało, prawie pod galerią – ciągnął Rogowski. – Przyjechałem na zakupy, bo zaczęły się poświąteczne wyprzedaże. Na parkingu tłok, bałem się, że mi auto porysują. W galerii spotkałem szwagra. Uznaliśmy, że reszta zakupów nie zając, a pora dobra na piwo. Torby wstawiliśmy do samochodu. Pokazałem szwagrowi jak patałachy parkują i że auto mogą podrapać.

– Ja na to – włączył się Jerzy Stankiewicz – że auto można przeparkować. Mieszkam niedaleko, w spokojnej uliczce. Miejsce bezpieczne. Nie zdarzyło się, żeby jakaś stłuczka albo kradzież…

– Faktycznie, spokojnie zaparkowałem.  Poszliśmy pogadać do baru.

– I potem za kierownicę chciał pan wsiadać?! – oburzył się Ryński.

– No skąd, wypiliśmy po dwa piwka, i do szwagra wróciliśmy na noc. Następnego dnia miałem dokończyć zakupy wracać do Bosewa – tłumaczył się Rogowski

– Znaczy dziś – doprecyzował szwagier Rogowskiego – Ale rano auta nie było. Mieliśmy nadzieję, że może złodzieja skusiły zakupy. Że zabrał torby, a samochód porzucił gdzieś w sąsiedniej ulicy. Ale nie, obeszliśmy okolicę. Po hondzie ani śladu.

– Ślad to nawet jest. Na miejscu parkowania odprysk lakieru, jakby złodziej jakiegoś ostrego narzędzia użył, żeby się włamać. Dlatego przyszedłem zgłosić włamanie i kradzież na policję. Szwagier świadkiem. No i potwierdzenie do ubezpieczyciela będzie potrzebne – zakończył Rogowski.

Komisarz Ryński spoglądał to na jednego, to na drugiego. Cała historia wydała mu się mało prawdopodobna. Zapytał o ubezpieczenie auta. Było. Zapasowe kluczyki też. Ale bardziej dziwiło go, że facet  przyjeżdża na wyprzedaże…

– Żona nie mogła. Akurat jej dyżur wypadł w szpitalu. Wiedziała, że do szwagra jadę, więc listę mi dała – wyjaśnił Rogowski, i na dowód wyciągnął kartkę ze spisem rzeczy.

– A ma pan faktury, rachunki na potwierdzenie zakupów – zapytał komisarz.

– Paragony, ale zostały razem z zakupami, w torbach…

– Kartą czy gotówką pan płacił – drążył Ryński

– Gotówką. W barze też. O, rachunek proszę…

Na rachunku, faktycznie, widniało zamówienie – cztery piwa. Godzina, data zgadzały się z opowieściami pechowego kierowcy i jego szwagra.

Ryński pomyślał, że z chęcią wypiłby ze dwa piwa. Spojrzał jeszcze raz uważnie na rachunek.

– Przekombinowaliście sprawę, panowie – powiedział do kompletnie zaskoczonych Rogowskiego i Stankiewicza. – Kradzież została sfingowana, żeby wyłudzić odszkodowanie.

Na jakiej podstawie Ryński doszedł do takiego wniosku?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze