Leokadia Nowowiejska była damą w słusznym wieku i zamożnego stanu. Do tego szczodra i towarzyska. Doskwierała jej jedynie samotność, bo postanowiła zamieszkać za miastem.

Niestety, szanowny małżonek Jeremi, z którym ów zgrabny pomysł wprowadziła w życie, zaniemógł, pozostawiając ukochaną Lodzię w nieutulonym smutku. Kobieta chętnie zapraszała do swojej posiadłości przyjaciół. Oni natomiast zabierali swoich znajomych. W ten sposób towarzystwo spędzało u Leokadii inspirujące weekendy, podczas których nie brakowało intelektualnych i kulinarnych podniet.

Leokadia, na szczęście, miała do pomocy pannę Marysię, która sprzątała, szykowała pokoje dla gości i gotowała posiłki. Jej chlebodawczyni miała upodobania do dziwnych potraw. Marysia podśmiewała się czasem z tych dziwactw razem z Antkiem, który również pracował u pani Nowowiejskiej jako „złota rączka”.

Na początku czerwca do pani Nowowiejskiej zjechało liczne towarzystwo. Część gości ulokowała u siebie. Niektórzy przyjechali tylko na kilka godzin.

Po lekkim obiedzie złożonym z zupy z topinambura, kaczki z jabłkami w miodzie, sałatki z młodego mlecza i smażonych kwiatów akacji – towarzystwo rozeszło się do swoich zajęć. Niektórzy poszli nad rzekę, inni drzemali w ogrodzie. Kto miał znajomych w pobliskim miasteczku, ruszył w odwiedziny albo poszukać restauracji, w której można by zjeść coś „normalnego”.

Gospodyni zdawała sobie sprawę, że jej frykasy nie wszystkim przypadają do gustu, ale nie poddawała się. Podczas przygotowania menu obiadowego puszczała wodze fantazji, jednak śniadania i kolacje były już tradycyjne. Najbardziej cieszyła się z tego Marysia, która sprawiedliwie kroiła wędliny – plasterek na półmisek, plasterek na bok… Pani Nowowiejska zdawała sobie sprawę z nieuczciwości dziewczyny i dlatego chowała przed nią kosztowości.

Tego wieczora Leokadia Nowowiejska zamierzała wystąpić w rubinach, które dostała od ukochanego męża. Wiszące kolczyki, bogato wysadzany naszyjnik, bransoleta z okazałymi kamieniami i pierścień, a… może dwa. W końcu tak rzadko ma okazję się wystroić. Tuż przed obiadem udała się do swojej sypialni i ku ogromnemu zaskoczeniu odkryła, że jej rubinowe błyskotki zniknęły! Wpadła w rozpacz, natychmiast zadzwoniła do porucznika Kuśmierczyka (dobrego znajomego jej męża). Zgodnie z jego wskazówkami nikomu z gości nic nie powiedziała i czekała na przyjazd milicjanta. Nieco krępująca sytuacja, ale co począć. Porucznik zjawił się błyskawicznie. Oznajmił towarzystwu w czym rzecz i że chciałby z każdym z gości porozmawiać na osobności. Leokadia płonęła z nadmiaru emocji, wstyd jej było, że naraża gości na taki dyskomfort. Jednocześnie widziała, że Kuśmierczyk słusznie postępuje. Milicjant w salonie urządził sobie pokój przesłuchań. Pani Nowowiejska udała się do kuchni nakazać Marysi, aby przygotowała półmiski z małymi kanapeczkami, ­koreczki i ciasto. Produkty miała zanieść do salonu, gdyby porucznik zgłodniał…

– Wiedziałam, że kiedyś tak się to skończy – burknęła niepytana Marysia. – Byle przybłęda wyciera tu kąty.

Pani Nowowiejska skarciła dziewczynę wzrokiem i zmieniając temat, aby oskarżycielskie tony nie dotarły do uszu gości, zapytała:

– A gdzie się podziewa Antoni? Nie widziałam go od rana.

– Coś sobie w nogę zrobił. Pokuśtykał do domu – odparła dziewczyna, krojąc już ciasto.

Zdenerwowana Leokadia wybiega z kuchni, ucieszywszy się jedynie, że zamknęła dziewce usta. W holu o mało nie zderzyła się z Januszem Milewskim. Mężczyzna był serdecznym przyjacielem jej siostry. Przyjechał dzień wcześniej (siostra miała dojechać wieczorem), bo miał w pobliżu znajomych ze studiów. Zresztą nie został w domu na obiedzie, tylko pojechał zjeść z nimi do „Jubileuszowej”.

Skrępowana Leokadia opowiedziała mu w czym rzecz i przepraszając, poprosiła, aby zajrzał na minutkę do salonu, porucznik zada mu dwa pytania i potem będzie mógł wrócić do swoich spraw. Mężczyzna spoczął na kanapie, czekając aż od milicjanta wyjdzie Wiesława Górnicka. Niezła z niej babka pomyślał na wspomnienie apetycznej szatynki. Obstawiał z innymi gośćmi, kto mógł przywłaszczyć sobie rubiny Lodzi.

– Trzeba by przeszukać jej torebkę – mruknął do pozostałych, kiedy minęła ich idąca w stronę salonu Marysia. Po chwili, w rozmowie z Milewskim, mężczyzna wyliczał, co jadł na obiad, czym popijał (gdzie on to pomieścił?) i o czym rozmawiał ze znajomymi. Straszna gaduła. Przerwy robił jedynie na kolejne kęsy. Porucznik nagle przerwał mu monolog:

– Panie Milewski, najadł się pan już? To zapraszam do radiowozu.

Czemu porucznik zatrzymał Janusza Milewskiego?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze