Akta umorzonego w 1988 roku śledztwa leżały w policyjnym archiwum z powodu „niewykrycia sprawcy przestępstwa” i pokrywała je coraz grubsza warstwa kurzu. Wydawało się, że w ustaleniu zabójcy może pomóc jedynie nieprawdopodobny zbieg okoliczności. Stało się inaczej.

Dzięki najnowszym zdobyczom kryminalistyki sprawca został zatrzymany, a jego osądzeniem zajęła się warszawska Temida. Po raz kolejny okazało się, że nie ma zbrodni doskonałej, choć z drugiej strony wszyscy obserwatorzy tego procesu mieli świadomość, że gdyby nie technika, najprawdopodobniej sprawa ta nigdy nie znalazłaby się na sądowej wokandzie.

Był późny wieczór 18 marca 1987 roku. Około godziny 22.30 dyspozytorka warszawskiego pogotowia ratunkowego przy ulicy Hożej odebrała kolejny tej doby telefon. Nie potrafi powiedzieć, który z kolei, bo od rana słuchawka niemal grzała się „do czerwoności”. Wiele zgłoszeń dotyczyło wiosennej grypy, która od kilkunastu dni coraz bardziej dawała się we znaki warszawiakom. Noce były nadal chłodne, dnie coraz cieplejsze – stąd rosnąca lawinowo liczba zachorowań. Tym razem sprawa była o wiele poważniejsza.

Przyjeżdżajcie natychmiast – alarmował damski głos. – Coś złego stało się z moim synem. Leży bez znaku życia w kałuży krwi. Nie wiem, co mu się stało. Obawiam się, że nie żyje, a może tylko stracił przytomność. Boże, dlaczego to mi się stało?! Może jednak uda się coś zrobić.

– Proszę się uspokoić. Oczywiście, już wysyłam ambulans. Proszę tylko podać dokładny adres, nasza ekipa powinna zjawić się u pani za kilka minut i na wszelki wypadek proszę podać numer telefonu, gdybyśmy mieli kłopoty z dojazdem – dyspozytorka próbowała uspokoić zdenerwowaną kobietę.

Po kilku minutach pod dziesięciopiętrowy wieżowiec na warszawskiej Ochocie podjechała „na sygnale” karetka pogotowia. Lekarz i sanitariusz niemal wbiegli do bloku, po czym windą wjechali na ósme piętro. Tam, w jednym z mieszkań, miał leżeć nieprzytomny mężczyzna. W drzwiach wejściowych czekała zadbana, acz mocno zapłakana, kobieta po pięćdziesiątce.

 

Pani syn został zamordowany!

Proszę tutaj. To ja dzwoniłam na pogotowie. Coś złego stało się z moim synem – zdążyła wykrztusić z siebie, po czym skierowała ich do pokoju, gdzie na podłodze leżał młody mężczyzna. Obok niego widniała kałuża zakrzepłej krwi. Lekarz chwycił go za przegub dłoni, w nadziei, że wyczuje tętno. Ale sztywniejąca, zimna dłoń nie pozostawiała żadnych złudzeń, że na jakąkolwiek pomoc jest już za późno.

Niestety, nic tu po nas – stwierdził lekarz. – Pani syn nie żyje i obawiam się, że został zamordowany. Musimy zawiadomić milicję, żeby zabezpieczyła ślady przestępstwa.

Ekipa dochodzeniowa ze Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych przyjechała niespełna kwadrans później. Technicy kryminalistyczni przystąpili do rutynowego zabezpieczania śladów zbrodni. Ciało zamordowanego Mateusza K. leżało na podłodze; zwłoki były skulone, ułożone na lewym boku. Zmarły trzymał w ręku pół bochenka chleba. Bezpośrednią przyczyną zgonu były rany kłute klatki piersiowej. Lekarz pogotowia ratunkowego, na podstawie stężenia pośmiertnego stwierdził, że zabójstwa dokonano około 8-12 godzin wcześniej.

Ale to tylko wstępna diagnoza – zastrzegł się od razu. – Pewność będziemy mieli dopiero po sekcji zwłok, wypowie się na ten temat biegły anatomopatolog.

 

Trzypokojowe mieszkanie w dziesięciopiętrowym wieżowcu na warszawskiej Ochocie nosiło ślady plądrowania. Szafy i szuflady były pootwierane, wiele powyciąganych stamtąd przedmiotów leżało w nieładzie na podłodze.

Oficerowie milicji próbowali porozmawiać z matką zamordowanego.

To pani odnalazła ciało syna – raczej stwierdził, niż zapytał jeden z milicjantów. – Proszę powiedzieć nam, co tu się stało?

Pan się pyta, co się stało? – zapytała spłakana kobieta. – Ktoś zamordował mojego syna. Dlaczego? Przecież nie zrobił nikomu nic złego? To było takie spokojne dziecko!

– Niech się pani uspokoi. Im więcej nam pani powie o wydarzeniach ostatnich godzin, tym łatwiej będzie zatrzymać zabójcę albo zabójców.

– Jak zwykle wyszłam do pracy o szóstej rano. Mateusz został w domu, bo miał iść do lekarza z powodu oparzenia ręki. Nieszczęśliwie oblał się wczoraj wrzątkiem i pomimo stosowania różnych domowych sposobów ból nie ustępował. On pracował przy rozlewaniu kosmetyków w Spółdzielni Inwalidów, a z taką bolącą ręką nie nadawał się do pracy. Zapisany był chyba na dziesiątą rano. W południe zadzwonił do mnie, że dostał osiem dni zwolnienia i chciał jeszcze tego samego dnia zawieźć je do pracy. Umówiliśmy się, że po południu spotkamy się u mojego drugiego syna Romana, który razem z żoną i trzyletnim dzieckiem mieszka na Żoliborzu. Niestety, Mateusz już tam nie dotarł. Dzwoniłam kilka razy do domu w nadziei, że odbierze telefon, ale nikt nie podnosił słuchawki. Nie przejmowałam się tym tak bardzo, bo byłam przekonana, że Mateusz spotkał się z kolegami i pewno poszli gdzieś razem na piwo, bo niestety często to mu się zdarzało. Wróciłam do domu około 22.30. Zaskoczyło mnie, że drzwi wejściowe do mieszkania były otwarte. Kiedy weszłam do przedpokoju, zaniepokoiła mnie rozlana, czerwona ciecz przy drzwiach do pokoju Mateusza. Zrobiłam kilka kroków i stanęłam jak sparaliżowana. Syn leżał na podłodze i nie dawał znaków życia. Zadzwoniłam na pogotowie, a kiedy przyjechali, wezwali milicję.

– Proszę nam powiedzieć, czy ma pani jakieś podejrzenia co do ewentualnych sprawców zbrodni albo motywu? Od czego albo od kogo powinniśmy rozpocząć poszukiwania?

– Od razu muszę powiedzieć panom jedną rzecz o Mateuszu. On był homoseksualistą i bardzo często jeździł na Dworzec Centralny, gdzie zapoznawał nowych kolegów o takich samych preferencjach seksualnych.

Nie wiem z kim utrzymywał stałe kontakty, bo nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Nie miał wrogów ani jakiś problemów. Chociaż, może to nie ma żadnego znaczenia, ale wczoraj u syna było dwóch jego kolegów, których – jak mi potem powiedział, znał tylko z widzenia. Wieczorem stwierdziłam brak kluczy do piwnicy, które są bardzo podobne do kluczy do mieszkania. Zawsze leżały na szafce w przedpokoju. Mateusz odsunął ją od ściany, bo myślał, że może spadły na podłogę, ale tam również ich nie było. On wtedy powiedział: „to łachudry, myśleli, że to klucze od mieszkania”. To wszystko, co mam do powiedzenia…

1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze