Każdy żyje własnym życiem

W czasie kiedy milicjanci rozmawiali z matką zamordowanego, do mieszkania na Ochocie przyjechali zaalarmowani wcześniej przez nią dwaj synowie. Byli zszokowani wiadomością o zabójstwie ich brata. Oczywiście ich również natychmiast przesłuchano. Ich zeznania nie wniosły na razie do sprawy nic nowego.

Mateusz nadużywał alkoholu – opowiadał o swoim bracie Roman W. – Jak sobie wypił, to szybko usypiał. Kilkanaście razy w swoim życiu trafił do izby wytrzeźwień. Brat nigdy nie był wylewny i nie opowiadał o swoich kontaktach towarzyskich. Wiedziałem tylko tyle, że często jeździł na Dworzec Centralny i miał tam jakichś kolegów. Reszty mogłem się tylko domyślać, bo wiedzieliśmy, że Mateusz jest homoseksualistą. Ostatnimi czasy mama coraz częściej skarżyła się, że sprowadzał do domu jakiś nieznanych, podejrzanie wyglądających typów i razem pili alkohol. Po jednej z takich libacji zginęło z domu trzy tysiące złotych. Miałem nawet na ten temat porozmawiać z nim, potrząsnąć jego sumieniem, łudziłem się, że może choć na krótko zmieni swój tryb życia. Niestety, nie zdążyłem…

Podobny obraz zamordowanego zarysował w zeznaniach drugi brat, Jacek W.: – Mateusz był człowiekiem skrytym i małomównym. Nie miał wrogów albo osób, którym by się naraził. Niekiedy opowiadał o swoich znajomych z Dworca Centralnego, lecz nigdy nie padały żadne imiona, nazwiska czy choćby pseudonimy. Bardzo kochał swoich najbliższych, żył obok nas, a jednak jakby w oddzielnym świecie. My założyliśmy rodziny, mieliśmy własne problemy i siłą rzeczy dotychczasowe więzy uległy pewnemu rozluźnieniu, choć oczywiście wszyscy zawsze spotykaliśmy się na przykład w czasie świąt i różnego rodzaju uroczystości rodzinnych.

 

Po pierwszych dniach śledztwa stołeczna milicja nie dysponowała w tej sprawie zbyt wieloma szczegółami. Na drzwiach wejściowych do mieszkania państwa W. nie ujawniono żadnych śladów włamania, a to oznacza, że ofiara wpuściła do mieszkania zabójcę (lub zabójców), a tym samym musiała ich znać. Kilkugodzinne zabezpieczanie śladów zbrodni nie przyniosło zaskakujących efektów. W pokoju zamordowanego na stole stały dwie opróżnione butelki po winie i dwie szklanki, na których znajdowały się niezidentyfikowane ślady linii papilarnych.

Niewykluczone, że sprawcami zbrodni byli dwaj trzydziestolatkowie, których widziała sąsiadka koło południa. Szli oni przez osiedle w towarzystwie Mateusza W. Nie udała się próba sporządzenia ich portretu pamięciowego, bowiem kobieta widziała ich ze znacznej odległości.

Wprawdzie mieszkanie nosiło ślady plądrowania, a Katarzyna W. stwierdziła brak jednego banknotu o wartości 10 tysięcy starych złotych i dwudziestu centów amerykańskich, jednak to nie rabunek był głównym motywem zbrodni. Na wierzchu pozostało kilka innych cennych przedmiotów, np. zegarek i kryształowe wazony, a jednak sprawca (lub sprawcy) nie zabrali ich z miejsca zbrodni. Czyżby zostali spłoszeni z mieszkania zamordowanego?! A może chcieli jak najszybciej opuścić to miejsce? Milicjanci stawiali na razie kolejne pytania, jednak nie potrafili udzielić na nie żadnej odpowiedzi.

 

Dłubanina w życiorysie

Tropiąc sprawców zbrodni dokładnie analizowano życiorys zamordowanego. Mateusz W. z powodu niedowładu prawej części ciała, na co cierpiał od wczesnego dzieciństwa, był inwalidą drugiej grupy. To kalectwo było widoczne już na pierwszy rzut oka, bowiem mężczyzna lekko utykał na prawą nogę, a wszystkie czynności wykonywał lewą ręką. Ukończył zasadniczą szkołę zawodową, gdzie nauczył się fachu tapicera, jednak w tym zawodzie nigdy nie pracował. Od kilku lat  zatrudniony był w Spółdzielni Inwalidów „Poranek” przy rozlewaniu kosmetyków. Wedle przełożonych był sumiennym i rzetelnym pracownikiem, na którego nie można powiedzieć ani jednego złego słowa. Dobrze pracował, jeśli trzeba było to zostawał po godzinach. Dobrze zarabiał… jednak większość pieniędzy trwonił na alkohol.

Młodemu inwalidzie nie udało się założyć rodziny, zresztą nigdy nie miał nawet bliższej przyjaciółki. Wolny czas spędzał głównie w towarzystwie kolegów na piciu piwa i taniego wina. Rodzice nie umieli się temu przeciwstawić, a pierwsze efekty takiego trybu życia dały o sobie znać kiedy Mateusz miał 18 lat. Razem z ze swoim przyjacielem Jackiem S. włamali się do kiosku „Ruchu” na Mokotowie, który ogołocili z bardziej wartościowych przedmiotów. Kilka tygodni później milicja wpadła na ich trop, obydwaj zostali tymczasowo aresztowani. Mateusz wrócił do domu po kilku tygodniach, a młodzieńczy wybryk zakończył się jedynie wyrokiem pozbawienia wolności w zawieszeniu.

 

Mój syn kocha facetów!

Wspólne perypetie milicyjno-sądowe utrwaliły jego przyjaźń z Jackiem S., który spędzał u niego coraz więcej czasu. Nawet zbyt wiele, bo coraz częściej zostawał u niego na noc. Wprawdzie młodzieniec spał na materacu, ale co się naprawdę działo za zamkniętymi drzwiami pokoju, nikt do końca nie wiedział, ani się nawet nie domyślał. Prawda wyszła na jaw, gdy pewnego dnia matka wróciła wcześniej do domu. Otworzyła drzwi do pokoju Mateusza i zobaczyła go w miłosnych uściskach z Jackiem. Obaj mężczyźni byli nadzy. Skończyło się to na wielkiej awanturze, w czasie której dowiedziała się o odmiennej orientacji swego syna. Jakoś się z tym pogodziła, podobnie jak ojciec i dwójka pozostałego rodzeństwa.

Przed pierwszym aresztowaniem Mateusz był normalnym człowiekiem i nie przejawiał żadnych dewiacji seksualnych – stwierdził  jeden z jego braci. –  Dopiero po wyjściu z aresztu zauważyliśmy, ze interesuje się mężczyznami jako potencjalnymi partnerami seksualnymi, a matka pewnego dnia nakryła go, jak uprawiał seks z innym facetem w swoim łóżku. Jeździł na plac Trzech Krzyży, bo tam w okolicznych kawiarniach albo szaletach publicznych zbierali się mężczyźni o podobnej orientacji seksualnej.

Rodzice wielokrotnie rozmawiali z nim, prosząc aby zmienił swoje życie i zainteresował się dziewczynami, jednak nie na wiele to się zdało. On wolał przebywać w męskim gronie. Co gorsza, wielokrotnie zapraszał przygodnie poznanych mężczyzn na libacje do domu. Kilka razy po ich wizytach ginęły różne drobne przedmioty. Bywało też, że zasypiał pijany w mieszkaniu z butami na tapczanie, zaś goście opuszczając jego mieszkanie pozostawiali otwarte na oścież drzwi wejściowe.

Dwójka takich nieznajomych mężczyzn na pewno odwiedziła Mateusza W. w południe, w dniu zabójstwa. Widziała ich mieszkająca na tym samym piętrze sąsiadka; zauważyła jak wchodzili razem z zamordowanym do bloku. Dwie godziny później opuścili jego mieszkanie, bo widziała, jak sąsiad odprowadził ich do windy. Co się potem działo, nie udało się ustalić.

Czy może ci dwaj mężczyźni wrócili, by zamordować Mateusza W.? Jeśli tak, to dlaczego nie zrobili tego wcześniej? Jaki byłby motyw tej zbrodni? Niestety, na te pytania nie udało się przed kilkunastu laty odpowiedzieć.

Na kolejny, ewentualny motyw zbrodni, wskazała matka zamordowanego w kilka dni po zabójstwie: – Zauważyłam, że od dwóch – trzech tygodni przed śmiercią mój syn chodził coraz bardziej zamyślony. Kiedy zwracałam mu o coś uwagę lub mówiłam, że należy coś odłożyć na następny dzień, to odpowiadał, że może już nie dożyć tego dnia. Mateusz był również mocno zafrasowany wezwaniem z sądu rejonowego. Pod koniec marca miał zeznawać jako świadek przeciwko jednemu ze swoich kolegów, Jerzemu D., który był oskarżony o włamania do kiosków i kradzieże samochodów osobowych. Od pewnego czasu syn kilkakrotnie mówił mi, że jest przez kogoś śledzony, jednak nigdy nie wyjaśnił, kto i dlaczego za nim chodzi.

Milicja oczywiście zaczęła sprawdzać i ten trop. Najpierw dotarto do Jerzego D., który miał doskonałe alibi, bowiem od początku lutego przebywał w areszcie tymczasowym i na pewno nie wychodził na przepustki. Mateusz zupełnie przypadkowo wplątał się w sprawę Jerzego D. – jechał z nim jako pasażer, kiedy tego ostatniego zatrzymała milicja. Był nieświadomy pochodzenia pojazdu, niemniej musiał stawić się w sądzie. Jednak jego ewentualne zeznania na pewno w żadnym stopniu nie obciążyłyby Jerzego D.

< 1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]