Broadway na Centralnym

Stołeczna milicja coraz częściej brała pod uwagę hipotezę, że Mateusz W. został zamordowany przez dworcową żulię związaną ze środowiskiem tamtejszych homoseksualistów. Zamordowany obracał się w tym środowisku od wielu lat. Potwierdzały to zeznania jego najbliższej rodziny.

On prawie codziennie jeździł na Dworzec Centralny o różnych porach dnia i nocy, czasem w ogóle nie wracał do domu – opowiadał jeden z braci zamordowanego. – Domyślaliśmy się, że uganiał się za partnerami seksualnymi. Czasami wracał pobity. Nie dalej jak przed pół rokiem przyjechał do domu w środku nocy z raną ciętą szyi, na wysokości „jabłka Adama”. Tłumaczył się, że dostał cios podczas bójki pod dworcem, ale nic więcej nie udało się z niego wyciągnąć.

Prowadzący śledztwo zaczęli dokładnie badać środowisko warszawskich homoseksualistów. Nie było to trudne, bo od kilkunastu miesięcy, z rozkazu ówczesnego ministra spraw wewnętrznych gen. Czesława Kiszczaka, trwała operacja „Hiacynt”, polegająca na zbieraniu materiałów o polskich gejach i ich środowisku.

W wyniku działań wywiadowczych w całym kraju założono około jedenastu tysięcy akt osobowych. Oficjalnym powodem akcji „Hiacynt” było przeciwdziałanie rozwojowi AIDS na terenie Polski, kontrola „wysoce kryminogennego” środowiska oraz walka z nierządem i prostytucją.

Z upływem kolejnych tygodni wyłaniał się coraz wyraźniejszy obraz prawdziwego życia Mateusza W. Był stałym bywalcem warszawskiego „Brodwaya” – pasażu na Dworcu Centralnym, gdzie zbierali się panowie szukający do towarzystwa innych panów. Oprócz zdeklarowanych gejów, zawsze można było tam spotkać uciekinierów z domów poprawczych i młodych włóczykijów, gotowych do męskiej prostytucji. Często zdarzało się, że młodzi chłopcy okradali lub okaleczali swoich klientów. Pokrzywdzeni bardzo rzadko informowali organy ścigania o takich przypadkach, bojąc się ujawnienia ich ukrywanej orientacji seksualnej. Nie można wykluczyć, że ofiarą takich napaści w przeszłości bywał również Mateusz W.

 

Ty będziesz tatą, ja będę mamą…

Milicjantom, dzięki zapiskom znalezionym w notesie zamordowanego mężczyzny, udało się dotrzeć do kilku partnerów Mateusza W. Nie ukrywali swojej znajomości z zamordowanym, a nawet szczegółowo opowiadali o swoich kontaktach.

– Przyjechałem do pracy w Warszawie z małej wioski na wschodzie Polski – zeznał w trakcie śledztwa 22-letni Arkadiusz S. – W rodzinnych stronach nie miałem szans na żadną ciekawą pracę, rodzicom na emeryturze też się nie przelewa, dlatego nie chciałem być dla nich obciążeniem i zdecydowałem się na wyjazd do stolicy. Udało mi się znaleźć pracę w jednej z państwowych firm budowlanych. Zarobki nie były oszałamiające, ale ważniejsze było dla mnie miejsce w hotelu robotniczym, bo miałem przynajmniej jakiś punkt zaczepienia w obcym mieście. Niestety, po kilku miesiącach zwolniono mnie z pracy bo, rzekomo, byłem za mało wydajny, co gorsza – musiałem też wyprowadzić się w hotelu. Nie wiedziałem, co dalej ze sobą robić: mogłem albo wyjechać na Śląsk i podjąć pracę w kopalni, albo osiąść na drugim krańcu Polski w Trójmieście i zaczepić się w porcie lub stoczni.

Ponieważ od kilku dni nie miałem gdzie spać, a w portfelu miałem coraz mniej pieniędzy i nie stać mnie było na hotel, moją „noclegownią” stał się Dworzec Centralny. Któregoś dnia w dworcowej toalecie poprosiłem nieznanego, młodego mężczyznę o papierosa. Nie odmówił, wyszliśmy przed dworzec razem zapalić. Potem ten sam facet zapoznał mnie ze swoim kolegą, który stał przy stoliku w barze kawowym. Ten drugi przedstawił mi się jako Mateusz. Dobrze go zapamiętałem, bo był podpity, a ponadto utykał na jedną nogę. Mateusz zaprosił mnie i kolegę do swojego domu; następnego dnia mieliśmy się spotkać ponownie w okolicach baru „Janosik” na Służewcu Przemysłowym. Potem się rozeszliśmy.

Nie pojechałem na to  spotkanie, ale ponownie spotkałem Mateusza na dworcu. Znów zaprosił mnie na wino. Kupił je w delikatesach w przejściu podziemnym pod Alejami Jerozolimskimi, wypiliśmy je na klatce schodowej w bloku w okolicy dworca. W czasie picia wina kręcił się bardzo blisko mnie, w pewnym momencie czule pocałował mnie w usta. Do tego dnia nie miałem stosunku ani z kobietą, ani z mężczyzną, więc nie reagowałem. Po prostu chciałem spróbować czegoś nowego w życiu. Potem zaproponował, abym ja wystąpił jako tata, ona zaś jako mama. Zgodziłem się i odbyliśmy stosunek płciowy. Od tamtego dnia zaprzyjaźniliśmy się. Byłem u niego kilka razy w domu, ale nigdy nie nocowałem. Jednego dnia nawet zapoznał mnie ze swoją matką. Mateusz był gościnny i dał się lubić.

Jednak inni bywalcy „Brodwaya” kreślili zupełnie inny obraz zamordowanego.

Mateusz nigdy nie błyszczał inteligencją – zeznał m.in. Stefan K. – Rozmowa z nim zawsze była sucha i drętwa. Z tego, co wiem, on zapoznawał partnerów o podobnym poziomie oraz żulię. Przypuszczam nawet, że przez tę ostatnią został zamordowany. Motywów zabójstwa nie mogę się dopatrzyć. Dla mnie był człowiekiem prymitywnym, prostym, ułomnym, niemajętnym. Z pewnością żaden z homoseksualistów – stałych bywalców dworca – nie był o niego zazdrosny.

Upływający czas nie przybliżał stołecznych policjantów do wykrycia sprawców zabójstwa Mateusza W. Pomimo przesłuchania kilkudziesięciu świadków, głównie ze środowiska warszawskich homoseksualistów związanych z Dworcem Centralnym, dochodzeniowcy nie mieli żadnych nowych tropów, co najwyżej przybywało pytań, na które nie znajdowano odpowiedzi. Sytuacja z miesiąca na miesiąc stawała się coraz bardziej patowa. Jedynym konkretnym dowodem były niezidentyfikowane ślady linii papilarnych, które odkryto na jednej ze szklanek w pokoju zamordowanego.

 

Zabójca pozostał na wolności

Po roku uporczywej pracy dochodzenie w sprawie zabójstwa Mateusza W. zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawcy przestępstwa: „umorzenie śledztwa nie oznacza zaniechania przeprowadzania czynności zmierzających do ustalenia sprawcy zabójstwa, a czynności będą nadal kontynuowane” – napisał w stosownej decyzji wiceprokurator Marek P. Akta, w których znalazły się najprawdopodobniej odciski palców mordercy, trafiły do milicyjnego archiwum. Wydawało się, że sprawca zbrodni pozostanie bezkarny, bowiem sprawa wyglądała niemal na beznadziejną.

Trudno powiedzieć czy i kiedy stołeczni dochodzeniowcy powracali do niewyjaśnionego zabójstwa, do którego doszło na Ochocie w marcu 1987 roku. Oficjalnie nie ma na ten temat żadnych dokumentów.

Przełom w tej sprawie nastąpił dopiero po siedemnastu latach i był możliwy dzięki najnowszym zdobyczom techniki, które coraz częściej pozwalają ustalać sprawców niewyjaśnionych zbrodni sprzed lat. W tym przypadku o triumfie wymiaru sprawiedliwości zadecydował AFIS (Automated Fingerprint Identification System) czyli system automatycznej identyfikacji daktyloskopijnej, pozwalający w ciągu kilku minut porównać ślad linii papilarnych z odciskami palców lub dłoni milionów osób, których dane znajdują się w bazie komputerowej.

< 1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze