Na początku 2005 roku funkcjonariusze z wydziału do walki z terrorem kryminalnym i zabójstw Komendy Stołecznej Policji zajęli się analizą wielu spośród kilkudziesięciu nierozwiązanych spraw z ostatnich kilkunastu lat. Trafili między innymi na dwa tomy akt z prowadzonego w latach 1987-1988 śledztwa w sprawie zabójstwa Mateusza W. W zgromadzonej dokumentacji natrafili m.in. na ślady linii papilarnych, które znaleziono na miejscu zbrodni. Zabezpieczone 18 lat temu ślady linii papilarnych zostały wprowadzone do systemu identyfikacji śladów daktyloskopijnych.       Komputer, po analizie wszystkich znajdujących się w bazie kart daktyloskopijnych przestępców, „wyrzucił” m.in. kartę mieszkającego w Wielkopolsce 43-letniego Pawła Z., którego odciski trafiły do kartoteki pod koniec lat 80., gdy zatrzymano go za kradzież z włamaniem do domu jednorodzinnego. Po kolejnej weryfikacji okazało się ponad wszelką wątpliwość, że kilka śladów, które odkryto w mieszkaniu zamordowanego, należy do recydywisty wielokrotnie karanego za włamania i rozboje, aktualnie odbywającego karę 4,5 lat pozbawienia wolności w jednym z zakładów karnych na południu kraju.

Początkowo wydawało się to nieprawdopodobne, aby ten wielokrotny złodziejaszek, który w dorosłym życiu spędził za kratkami ponad 14 lat, i nigdy nie był dłużej na wolności niż dwa lata, dopuścił się zbrodni zabójstwa. Bo czym innym jest włamanie albo kradzież, a czym innym morderstwo. Stołeczni policjanci nie znaleźli żadnego dowodu, aby obaj panowie kiedykolwiek się spotkali, a nazwisko Pawła Z. nigdy nie przewijało się w materiałach procesowo-operacyjnych warszawskiej dochodzeniówki. Jednak wynik badania komputerowego był jednoznaczny: na szklance, znalezionej w dniu zabójstwa w pokoju Mateusza W., były ślady linii papilarnych Pawła Z. Jak to możliwe? Odpowiedzi na to pytanie dostarczyć mógł jedynie ten ostatni.

 

Spowiedź zabójcy

Paweł Z. był bardzo zdziwiony, kiedy do zakładu karnego, w którym odsiadywał karę, przyjechali stołeczni policjanci. Jeszcze bardziej zaskoczyło go, że chcą rozmawiać z nim o wydarzeniach sprzed osiemnastu lat, a dokładniej – o dokonanym przez niego zabójstwie. To było przecież tak dawno. Wydawało mu się, że nikt nigdy nie powiąże go z udziałem w tamtej zbrodni, był przekonany, że „błędy” młodości ujdą mu bezkarnie. Zapomniał jednak, że na miejscu zbrodni pozostały ślady jego linii papilarnych. Policjanci uświadomili mu, że przyznanie się do winy i współpraca z prowadzącymi śledztwo może być potraktowana przez sąd jako okoliczność łagodząca. Wybór należał do niego. Chyba szybko zdał sobie sprawę, że jakikolwiek upór jest bez sensu.

Przyznaję się do zarzutu zabójstwa – stwierdził Paweł Z. już w trakcie pierwszego przesłuchania. W obliczu zebranych przeciwko niemu dowodów winy ani przez moment nie próbował mataczyć lub ukrywać prawdy o tragicznych wydarzeniach, które rozegrały się w marcu 1987 roku.

– Nie pamiętam dokładnej daty, kiedy to się stało. W Warszawie byłem dopiero trzeci dzień, nigdy przedtem tam nie byłem. Miałem wtedy 24 lata, przyjechałem do stolicy bez żadnego wyraźnego celu. Nie miałem żadnych znajomych albo miejsca, gdzie mógłbym przynajmniej zanocować. Spałem na Dworcu Centralnym, a w ciągu dnia spacerowałem bez celu po jego najbliższej okolicy. Oprócz tego mężczyzny, którego zabiłem, nikogo tam nie poznałem. Nie znałem jego imienia i nazwiska, zresztą on mi się w ogóle nie przedstawił. Z tego, co sobie przypominam, on był średniego wzrostu, miał chyba ciemne włosy, poza tym więcej szczegółów nie pamiętam.

To było tak dawno, czas zatarł niektóre rzeczy. Ten mężczyzna podszedł do mnie, jak stałem przed wyjściem z dworca i paliłem papierosa. Zaczął ze mną rozmawiać: skąd jestem, co robię w Warszawie, jak mi się podoba stolica. Ot, takie rozmowy o wszystkim i o niczym. W pewnym momencie zaproponował, abyśmy pojechali do niego do domu i napili się wspólnie alkoholu. Nie miałem nic przeciwko temu, zresztą coraz bardziej mi się nudziło, bo jak długo można bezczynnie patrzyć się na ruch w środku miasta. Pojechaliśmy do nieznajomego, nie wiem nawet, w jakiej dzielnicy to było, bo ja w ogóle nie znam Warszawy. Jak jechaliśmy autobusem, to on nie odezwał się do mnie ani słowem. Wysiedliśmy na jakimś osiedlu, idąc do jego bloku wstąpiliśmy do sklepu monopolowego i kupiliśmy trzy, może cztery butelki taniego wina, które otworzyliśmy zaraz po wejściu do mieszkania.

W pewnym momencie gospodarz poszedł do kuchni zrobić coś do zjedzenia. Po kilku minutach wrócił do pokoju, w którym piliśmy już trzecią butelkę wina, z nożem w ręku. Powiedziałem mu, żeby odłożył nóż na bok, ale on się nie zgodził i dalej go trzymał. Wtedy doszło między nami do małej kłótni: ja mu powtarzałem, żeby odłożył ostre narzędzie, a on dalej trzymał nóż w ręku i mamrotał niewyraźnie coś pod nosem. Siedziałem wtedy na kanapie, on stał nade mną. Czułem się trochę dziwnie, bo nie wiedziałem, o co mu chodzi.

Nagle pochylił się w moim kierunku, zaczął mnie obmacywać, łapać za krocze. Cały czas w ręku trzymał nóż. Milczał, a ja zacząłem protestować: „Człowieku, weź się uspokój, nie rób takich rzeczy”. On jednak w ogóle nie reagował i dalej łapał mnie za rozporek, a w drugim ręku cały czas trzymał nóż. Ja wtedy wstałem i chciałem złapać go za nóż i odłożyć na bok, ale nie mogłem go wyrwać, bo ten mężczyzna bardzo mocno ściskał go w dłoni.

I wtedy doszło między nami do szarpaniny, upadliśmy na podłogę i ten nóż wbił mu się w ciało. To uderzenie w klatkę piersiową wyglądało tak, że on trzymał w ręku nóż i ja chwyciłem go za tę rękę i wtedy ja zacząłem machać tą ręką i to się stało. Ja nie chciałem tego zrobić, to wszystko stało się niechcący i przypadkowo. Jak tylko zobaczyłem nóż w jego ciele, to go od razu wyciągnęłem i odrzuciłem na bok. To był pierwszy raz, jak dotknąłem noża, wcześniej go nie dotykałem. On już nic do mnie nie powiedział, nie wiem, czy był przytomny. Zaczęła lecieć krew, ja się wystraszyłem. Nie umiem powiedzieć, dlaczego nie zadzwoniłem po pogotowie. Przeszukałem szafę i znalazłem tam jakieś pieniądze. Nie przypominam sobie, abym coś jeszcze zabrał z tego mieszkania. Najbliższym pociągiem wróciłem do Zielonej Góry, a stamtąd PKS-em dojechałem do swojej rodzinnej wsi. Nigdy nikomu nie wspomniałem ani słowem o wydarzeniach w Warszawie.

< 1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze