Sprawiedliwość po latach

 Paweł Z. ani przez moment nie pojawił się do tej pory w kręgu podejrzeń o zabójstwo Mateusza W. Choć nigdy więcej przez prawie 20 lat nie dopuścił się innego zabójstwa, to jednak nieobce mu były konflikty z prawem. Nigdy się nie ożenił, a kradzieże i włamania stały się dla niego sposobem zdobywania pieniędzy na życie. I być może zapomniałby o tragicznych wydarzeniach z marca 1987 roku, gdyby nie komputerowa baza z odciskami palców, dzięki której stołeczni policjanci skojarzyli go z tą zbrodnią. Sporządzenie w tej sprawie aktu oskarżenia, w obliczu zebranych dowodów, nie stanowiło już trudności!    

Rozprawa przed Sądem Okręgowym w Warszawie nie była skomplikowana. Oskarżony w całości podtrzymał złożone w śledztwie zeznania. Konsekwentnie utrzymywał, że pojechał do mieszkania Mateusza W. na jego zaproszenie, tam pili kupiony przed gospodarza alkohol.

W pewnym momencie Mateusz W. zaczął go molestować i chwycił za rozporek. Doszło między nimi do szarpaniny, w trakcie której Mateusz W. nieszczęśliwie wbił sobie nóż w klatkę piersiową.

Biegli podważyli jednak tę wersję wydarzeń, bo była ona niespójna i nieprawdziwa. Przynajmniej w zasadniczym dla śledztwa punkcie – ślady na ciele denata jednoznacznie wskazywały, że rany powstały od dwóch silnych ciosów nożem i z pewnością nie były wynikiem nieszczęśliwego wypadku. Po pierwszym ciosie zabójca zadał następny z całej siły na tzw. „dobicie”.

– Moim zdaniem ciosy były nieprzypadkowe i ofiara nie mogła zadać ich sobie sama. A to oznacza, że ofiara otrzymała cios nożem, a nie nadziała się na niego przypadkowo – stwierdziła przed sądem biegła Irmina W., która pierwszą opinię w tej sprawie wydała w 1987 roku i po dziewiętnastu latach jeszcze raz potwierdziła pierwotne ustalenia śledztwa.

Biorąc pod uwagę zebrany materiał, prokurator zażądał dla Pawła Z. piętnastu lat pozbawienia wolności. Obrońca wnioskował o uniewinnienie swojego klienta. Dowodził, że znaleziony na miejscu zbrodni odcisk palca Mateusza W. zabezpieczono tylko na jednej ze szklanek, co dowodzi jedynie jego obecności w mieszkaniu zamordowanego mężczyzny. W trakcie śledztwa przed kilkunastu laty nie zabezpieczono natomiast śladów linii papilarnych jego klienta na nożu, którym zamordowano Mateusza W., co przemawia na korzyść Pawła Z. W opinii mecenasa opowieść oskarżonego o szamotaninie jest bardzo wiarygodna.

Sąd nie uwierzył w wersję o przypadkowości ciosów. Przeciwko oskarżonemu, oprócz opinii biegłych, przemawiała m.in. analiza zdjęć wykonanych przed dziewiętnastu laty na miejscu zbrodni. Widać na nich wyraźnie, że obok zwłok Mateusza W. leży napoczęty bochenek chleba. To świadczy o tym, że nóż nie stanowił żadnego zagrożenia dla oskarżonego, ale miał być użyty w całkiem prozaicznym celu – pokrojenia chleba i zrobienia kanapek. Wykorzystano go jednak w zupełnie innym celu – do zabójstwa człowieka.    Wymierzając wyrok w tej sprawie, zgodnie z obowiązującym w Polsce prawodawstwem, Sąd Okręgowy w Warszawie zastosował przepisy kodeksu karnego obowiązujące w momencie popełnienia czynu. W 1987 roku  najniższa kara za zabójstwo wynosiła 8 lat pozbawienia wolności (obecnie jest o cztery lata wyższa) i dlatego Temida mogła zastosować przepisy łagodniejsze dla sprawcy zabójstwa Mateusza Z. Nieprawomocnym jeszcze wyrokiem, 24 lipca 2006 roku Pawła Z. skazano na karę dziewięciu lat więzienia i pozbawienie praw publicznych na cztery lata.

– Interesującym elementem w tej sprawie jest tylko to, że do zbrodni doszło w marcu 1987 roku i do marca 2005 roku sprawa figurowała jako umorzona z powodu niewykrycia sprawcy przestępstwa. Orzekając karę 9 lat pozbawienia wolności sąd wziął pod uwagę, że gdyby nie przyznanie się oskarżonego do winy, ta sprawa nigdy nie zostałaby wyjaśniona – stwierdziła w uzasadnieniu wyroku sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie Grażyna Sobkowicz. – Nie zdecydowaliśmy się na zastosowanie dolnej granicy kary, bo nie należy się ona oskarżonemu. Dokonana przed dziewiętnastu laty zbrodnia nie wpłynęła na jego dalsze postępowanie.

Niestety, tego wyroku nie usłyszeli już rodzice zamordowanego. Matka Mateusza zmarła w 1994 roku, jego ojciec żył cztery lata dłużej. Nigdy nie dowiedzieli się, że sprawiedliwości stało się zadość.

Jacek Białecki

Za wyjątkiem osób urzędowych, imiona, pierwsze litery nazwisk i niektóre nieistotne dla sprawy szczegóły, zostały zmienione.

 

< 1 2 3 4 5

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]