W Wielkopolskim Przedsiębiorstwie Przemysłu Ziemniaczanego zakład opuściła druga zmiana, ale praca szła pełną parą, bo już nocna wyrabiała normę. Kilka minut po godzinie 23, pod budynek dekstryniarni wtoczyła się zakładowa lokomotywa z wagonami mąki ziemniaczanej. Maszynista wyłączył silnik i poszedł do robotników rozładowujących wagony upewnić się, czy uporają się z pracą do rana. Zależało mu na czasie, ponieważ kolej naliczała opłaty za przetrzymywanie wagonów.

Wolne godziny postanowił spędzić w stróżówce. Nim zdążył tam dotrzeć, nastąpił potężny wybuch. Rozerwany wagon przeleciał 80 metrów nad drogą, linią kolejową i wbił się w dach budynku administracji.

Budynek dekstryniarni, w którym doszło do eksplozji został całkowicie zniszczony. Pod gruzami uwięzionych zostało kilkadziesiąt osób. Siła wybuchu była tak duża, że mieszkańcy domów usytuowanych kilkaset metrów od zakładu zbierali z podłogi tynk i szklanki, które spadły ze stołów. W wielu mieszkaniach wypadły szyby.

Najpierw na miejscu pojawili się zakładowi strażacy, niebawem dołączyło do nich 16 innych jednostek z Poznania i okolic. „Głos Wielkopolski” donosił: „Nie wszystkich udało się od razu odszukać. Splątane instalacje, rumowisko i płomienie odcinające z początku drogę ratownikom, opóźniały akcję. Dwie pracownice z poparzeniami wydobyto dopiero w dwie godziny po wybuchu. Rannych i poparzonych – 21 karetek ze Stacji Wojewódzkiej odwiozło do szpitali. (…) Gdy zaczynało brakować w szpitalach spirytusu dla ratowania poparzonych, dowoziły go na sygnale samochody pogotowia”.

Akcja przeszukiwania gruzów trwała kilka dni. Ostateczny bilans katastrofy to 17 ofiar śmiertelnych i 10 rannych.

Jedną z ofiar była kobieta, którą uznano za zmarłą, jednak ocknęła się w prosektorium. Szybko trafiła do szpitala, gdzie zmarła następnego dnia. Straty materialne oszacowano na 28 mln ówczesnych złotych.

Po roku od tragedii na ławie oskarżonych zasiadło kierownictwo przedsiębiorstwa. Funkcyjnym zarzucano, że przyczynili się do powstania okoliczności sprzyjających katastrofie. Tłumaczyli, że stwierdzone w zakładach niedociągnięcia są efektem obiektywnych trudności, których pomimo podejmowanych działań nie udało się usunąć. Sąd nie rozumiał takiego tłumaczenia, dlatego postanowiono wykonać wizję lokalną w wydziale krochmalni (miała podobną linię produkcyjną jak dekstryniarnia). Okazało się, że tam także w każdej chwili może dojść do wybuchu. Złe warunki jednak nikogo z pracowników nie dziwiły, a wręcz były typowe! W lipcu 1973 roku zapadły wyroki wobec czterech oskarżonych – od 1,5 roku do 3 lat. Trzech z nich wróciło do pracy w starym zakładzie. Wydział odbudowano w innym miejscu i chociaż praca nadal była tam niebezpieczna, chętnych nie brakowało. Dlaczego? Bo dobrze płacili.

 

Co było przyczyną wybuchu? Ustalono, że iskra, która spowodowała pierwszy niewielki wybuch. Ten zassał powietrze wymieszane z pyłami hali destylarni i nastąpiła druga eksplozja. Jednak tak naprawdę do dzisiaj nie wyjaśniono przyczyny tragedii. Wiadomo, że praca w dekstryniarni nie należy do bezpiecznych i zdarzają się wybuchy. Do tego w Luboniu były stare maszyny. Niektóre z nich pracowały od 1904 roku, kiedy Niemcy uruchomili zakład. Co prawda, zamontowano nowe suszarki, ale było jeszcze gorzej. Ciągle się zapychały. Czyszczono je średnio co dwa tygodnie (wtedy trzeba było wstrzymywać produkcję). Pracownicy nie cieszyli się z takich przestojów, bo oznaczało to niewyrobienie planu, a tym samym obcięcie premii. Takie sprzątanie zaplanowane było na 22 lutego, ale się nie odbyło. Podobno też w hali dekstryn do pewnego czasu zainstalowany był tzw. buczek – sygnalizator dźwiękowy działający na zasadzie impulsów cieplnych. Kiedy w retortach przekroczono określoną temperaturę, włączał się, co było sygnałem, że trzeba ją zmniejszyć, aby nie doszło do wybuchu. Z nieznanych bliżej powodów urządzenie to wyłączono. Prawdopodobnie za często buczało…

Anna Jagodzińska

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze