Kilka minut po północy komisarz Janiak został powiadomiony o dwóch strzałach we wsi Zdebnica. Odgłosy dochodziły z zabudowań Jarosława Marciniaka. Jego nazwisko przewijało się w dochodzeniach przeciwko złodziejom luksusowych samochodów, podejrzewano go o nielegalny handel bronią.

Za każdym razem, głównie dzięki zdolnym adwokatom, udało mu się uniknąć odpowiedzialności, bo policji nie udało się zebrać przekonujących dowodów jego winy.

Jarosław Marciniak mieszkał samotnie w  jednorodzinnym, zbudowanym ponad 60 lat temu domku, otoczonym niewielkim, zaniedbanym już dziś ogródkiem. Furtka przy wejściu była otwarta, jednak większym zaskoczeniem dla komisarza Janiaka były niezamknięte – mimo późnej pory – drzwi wejściowe. W całym domu panowały ciemności, rozjaśnione światłem policyjnych latarek.

Halo, jest tam kto?! – zawołał Janiak. Odpowiedziała mu głucha cisza. – Sprawdzimy jeszcze pokoje, bo coś mi tu nie gra – powiedział do towarzyszącego mu aspiranta Kaliniaka.

Porucznik nie mylił się. Chwilę później zapalił światło w kuchni, po czym obaj przeszli do dużego pokoju. W fotelu ujrzeli Jarosława Marciniaka. Rozległa plama krwi na klatce piersiowej nie pozostawiała wątpliwości, że właściciel mieszkania został zamordowany. Na stoliku tuż przed nim leżało kilka sztuk broni oraz przedmioty do jej czyszczenia: wycior, czyściwa flanelowe, specjalistyczne mosiężne szczotki. W drugiej części pokoju, na owalnym staromodnym stole przykrytym białym obrusem, stały dwie szklaneczki do whisky. Jedna była już pusta, druga – niemal w połowie – wypełniona jeszcze trunkiem.

No, to mamy niezły pasztet – rzucił komisarz do podwładnego. – Wybieraliśmy się jutro z żoną do filharmonii, bilety kupiliśmy jeszcze w ubiegłym miesiącu, ale coś mi wydaje, że będę musiał odwołać wyjście. Żona chyba mnie zabije, jak jej o tym powiem. No, ale to już inny kłopot – powiedział sam do siebie. – Kaliniak, zadzwoń po chłopaków z dochodzeniówki i niech powiadomią od razu pogotowie.

 

***

Technicy kryminalistyczni zjawili się po kilkunastu minutach. Na szklankach do whisky i na kilku sztukach broni zachowały się wyraźne ślady linii papilarnych.

Zaraz po powrocie do komendy sprawdzimy je w komputerze – zapewnił jeden z techników. – Jest szansa, że jeszcze dzisiaj uda się ustalić, do kogo należą te odciski.

Tymczasem trwało przeszukanie mieszkania denata. W spiżarni przylegającej do kuchni odkryto lufy, zamki, magazynki, drewniane elementy konstrukcji broni myśliwskiej i bojowej, karabin z celownikiem noktowizyjnym oraz kilkaset sztuk amunicji. Wszystko wskazywało na to, że Marciniak urządził tam nielegalny warsztat rusznikarski, jakiego nie powstydziłby się prawdziwy miłośnik militariów.

Szefie, właściwie to chyba nic tu po nas – stwierdził aspirant Kaliniak. –  Tak na mój policyjny nos to wszystko wygląda na nieszczęśliwy wypadek. Obaj wiemy, że od dawna podejrzewano Marciniaka o dostarczanie broni różnym gangom, ale nie udało mu się tego nigdy udowodnić.  Najprawdopodobniej wieczorem zabrał się za czyszczenie tych spluw. Facet był wstawiony, nie zachował ostrożności, przypadkowo pociągnął za spust naładowanej broni i śmiertelnie się postrzelił.

– Wszystko pięknie, tylko jak w takim razie wytłumaczysz tę drugą szklaneczkę na stole? Jeśli Marciniak byłby sam w domu, to na pewno nie piłby z dwóch szklanek, przecież to absurd!

 

***

Kilkanaście godzin później komisarz Janiak miał wyniki analizy. Większość odcisków linii papilarnych, zabezpieczonych w mieszkaniu Marciniaka, pozostawił on sam. Jedynie ślady ujawnione na szklance z wypitą  whisky należały do notowanego już w policyjnej bazie danych Adriana Masztalskiego. Policjanci jeszcze tego samego dnia złożyli wizytę w jego mieszkaniu.  Masztalski nie wypierał się niedawnej obecności u Jarosława Marciniaka.

Ale skąd o tym wiecie, przecież nikt mnie nie widział? – zapytał.

– Panie Adrianie, chyba to nie my musimy się tłumaczyć. Proszę o wszystkim dokładnie opowiedzieć – powiedział komisarz Janiak tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Jarek zaprosił mnie do siebie – zaczął swoją opowieść Masztalski  bo chciał się pochwalić nową dwururką. Kiedy przyszedłem, widać było po nim, że jest już nieźle wstawiony. Rozmowa jakoś się nie kleiła, bo przyjechałem samochodem i mimo jego nalegania nie wypiłem ani grama alkoholu. Nie mam zamiaru przez własną głupotę stracić prawa jazdy. Przed północą doszło między nami do sprzeczki, bo on zaczął świrować z pistoletami, które od kilku godzin czyścił i oliwił. Stawał się groźny, wręcz nieobliczalny. Widząc co się dzieje wstałem i wyszedłem. Dochodziła północ. Pamiętam, bo zaczął bić już zegar. Pewnie sam się postrzelił. To wszystko co mam do powiedzenia.

Panie Masztalski, coś pan przed nami ukrywa. Złapałem pana już na dwóch kłamstwach. 

Dlaczego według komisarza Janiaka  Adrian Masztalski oszukiwał go?

Rozwiązanie zagadki na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze