Zżymał się na samą myśl, że niektórych gości będzie musiał osobiście zaprosić na ślub, bo tak każe obyczaj. Obyczaj uciążliwy i nieżyciowy. Jakby nie było poczty, telefonów, SMS-ów i maili a człowiek, który wkrótce założy rodzinę, nie miał nic innego do roboty niż wdzięczenie się do osób, z których połowa i tak nie przyjdzie na uroczystość. Bo nic ich nie obchodzi fakt, że Paweł Głoziewski właśnie postanowił się ożenić.

– Na imprezę jakąś można by się dziś wybrać, a tu trzeba jechać prawie 30 kilometrów do ciotki Agaty, której nie widziałem kilkanaście lat i na ulicy pewnie by jej nawet nie poznał – rozważał ponuro Paweł.

– Nie bądź takim okropnym egoistą – uśmiechnęła się Weronika. – Pomyśl, jaką radość sprawisz cioci…

– Już to widzę  – odmruknął.

Miał tak żałosną i naburmuszoną minę, że wyglądało to przezabawnie. Narzeczona parsknęła śmiechem. Paweł po chwili także się rozchmurzył.

– Dobrze, że nie musimy tłuc się do ciotki autobusem – stwierdził, patrząc z czułością przez okno na stojącą na podwórku nowiutką Skodę Fabię. Błyszczący lakier na karoserii aż mienił się we wczesnowrześniowym ostrym słońcu.

– Takie małe co nieco, jeszcze przed ślubem. Żebyście przypadkiem się nie rozmyślili – powiedział trzy miesiące temu ojciec Weroniki, wręczając mu kluczyki do auta. Dobre sobie! Ale właściciela dochodowego gospodarstwa ogrodniczego stać na niekonwencjonalne zachowania i na niekonwencjonalne prezenciki. To co w takim razie dostaną po ślubie? Paweł aż bał się o tym myśleć, choć tego rodzaju strach wcale nie był przykrym uczuciem.

– Chodźcie dzieci na gołąbki – zawołała z kuchni matka Pawła. Wstali ochoczo z kanapy. Przy obiedzie rozmawiali głównie o zaproszeniach ślubnych. Na szczęście większość już rozesłali lub wręczyli. Zostało może dziesięć, z którymi do końca tygodnia powinni się uporać.

 

Jest pan zatrzymany!

Paweł, zajadając się swoim ulubionym przysmakiem, całkowicie odzyskał humor. Rozmawiając z matką o krewnych, których zaprosili, bądź jeszcze nie zaprosili na ślub i wesele, przypominał ich wady i różne zabawne cechy, co stawało się przyczynkiem do obdarzenia każdego dowcipnym komentarzem. Cała trójka zaśmiewała się do rozpuku. Pani Głoziewska wyszła w pewnym momencie z pokoju. Ktoś dzwonił do drzwi.

– Masz cudowną mamę – stwierdziła Weronika. – O jej zdolnościach kulinarnych już nie wspomnę. Aż się boję, co będzie, gdy ja zacznę ci gotować.

Zanim Paweł zdążył odpowiedzieć, do pokoju weszła matka. Na jej twarzy nie było już śladu rozbawienia.       – Pawełku, panowie do ciebie – szepnęła wystraszona.

 

Dopiero teraz zauważył dwóch mężczyzn w średnim wieku, którzy cicho wślizgnęli się za matką do pokoju.

– Jesteśmy z policji – okazali legitymacje. – Pan Paweł Głoziewski?

Kiwnął głową, czując jak kęs gołąbka staje mu jak kość w gardle. Nie odczuwał zdziwienia faktem, że w końcu po niego przyszli, ale że stało się to tak niespodziewanie. Gdy już zaczynał wierzyć, że to co zrobił, nigdy się nie wyda. Jeszcze pół roku temu, trzy miesiące temu nieoczekiwany dźwięk dzwonka obudziłby w nim czujność. Teraz ledwie zwrócił uwagę, że ktoś dzwonił…

– Jest pan zatrzymany!

1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze