Zanim jednak to się stało, coś zaczęło się psuć w małżeństwie Paula i Karli. Coraz częściej chodziła posiniaczona, bo Paul wyładowywał na niej swoją agresję. Może znosiłaby to dłużej, gdyby nie interwencja jej rodziców, którzy przerażeni jej obrażeniami, namówili ją wreszcie do odejścia od męża. Gdy w lutym 1993 roku policja w końcu dotarła do gwałciciela i mordercy, postanowiła także przesłuchać Karlę. Podczas przesłuchania zrozumiała, że jedyne, co może jej jeszcze pomóc, to pójście na ugodę z prokuraturą. Zaproponowano jej bowiem, w zamian za zeznania, łagodniejszą karę. Wspólnota małżeńska rozpadła się w pył. Podczas rozprawy Paul Bernardo próbował zrzucić na żonę większą część odpowiedzialności za popełnione wspólnie zbrodnie. Nie zmieniło to jednak w niczym jego wyroku. Został skazany na dożywocie. Karla spędziła w szpitalu psychiatrycznym jedynie część ze swojego 12-letniego wyroku. Resztę kary odbyła w więzieniu, z którego wyszła w lipcu 2005 roku. Dziś, podobnie jak podczas przesłuchań i na procesie, nadal twierdzi, że była ofiarą Paula Bernardo. Mimo opuszczenia więziennej celi, nie czuje się całkiem wolna. Uważa, że – jak sama mówi – „ktoś chce się przysłużyć społeczeństwu”, zabijając ją.

 

Braterstwo cudzej krwi

Wspólne zboczone upodobania i razem dokonywane zbrodnie potrafią łączyć w zbrodnicze tandemy nawet ludzi, których poza tym dzieli niemal wszystko, nawet ich pozycja społeczna. W ostatnich dniach minionego roku policja w Indiach dokonała makabrycznego odkrycia. W ogrodzie jednego z zamożnych domów w mieście Noida odnaleziono zbiorowy grób, z którego wydobyto szczątki dziesięciorga dzieci i pięciu kobiet. Do serii morderstw przyznali się dwaj mężczyźni – lokalny biznesmen Singh Pandher oraz jego służący Satish. Zadaniem służącego było zwabianie ofiar – dzieci za pomocą słodyczy, a kobiet obietnicą dobrej pracy. Potem już obaj wspólnymi siłami gwałcili ofiary, zabijali je, ćwiartowali ciała i zakopywali w ogródku lub wyrzucali do ścieku za domem. Liczba ofiar nie jest jeszcze znana, ale w najbliższej okolicy zaginęło łącznie 38 osób, w tym także dzieci. Policja wpadła na trop morderców, gdy służący zaczął używać telefonu komórkowego jednej z zamordowanych dziewczynek.

Najstraszliwszy jednak duet, siejący śmierć wszędzie, gdzie tylko się pojawił, stworzyło dwóch teksańczyków działających na przełomie lat 70. i 80. Zdarzało się, że popełniali nawet po kilka morderstw dziennie, a liczba ich ofiar jest oceniana na około 200 osób. Ich losy były podobne. Obaj wychowali się w rodzinach głęboko patologicznych, obaj byli też pozbawieni ludzkich uczuć. Ale nie tylko to ich łączyło. Henry Lee Lucas i Ottis Toole to skrajni dewianci. Podróżowali kradzionymi samochodami i zabijali każdego, kto tylko wpadł w ich ręce – dzieci, kobiety i mężczyzn. Oferowali podwiezienie lub pomoc w naprawie samochodu, polowali na autostopowiczów i włóczęgów.

Swoje ofiary torturowali i brutalnie mordowali, po czym gwałcili zwłoki. Zdarzało się też, że po prostu rozjeżdżali je samochodem. Toole dodatkowo lubował się w smaku ludzkiego mięsa. Lucas zabił i zgwałcił własną matkę.

Tak samo potraktował małoletnią kuzynkę Toole’a, która przez pewien czas, przy pełnej zgodzie Toole’a, była kochanką Lucasa. Podobno ta zbrodnia była jedyną, jakiej Lucas żałował i jaka go dręczyła. Twierdził, że ciągle słyszał głos „zza grobu” zamordowanej kochanki. Morderców złapano w 1983 roku i początkowo skazano na karę śmierci. Jednak niedługo potem Toole zmarł w więzieniu na marskość wątroby. Lucas natomiast wielokrotnie składał apelacje o zmianę wyroku i w sumie spędził trzynaście lat w celi śmierci, oczekując na datę egzekucji. Ostatecznie wyznaczono ją na czerwiec 1999 roku. Wtedy jednak, ówczesny gubernator stanu Teksas, George Bush Jr., skorzystał ze swojego prawa łaski i zamienił karę śmierci na dożywocie. Największy – być może – zbrodniarz okresu powojennego, nadal zatem żyje, odsiadując swój wyrok.

 

Siostry i bracia

Historii kryminalistyki znane są przypadki par czy grup przestępczych połączonych bliskim pokrewieństwem. Większość z nich prowadziła swoiste rodzinne „interesy” polegające na handlu czy przemycaniu narkotyków, rozbojach i kradzieżach, ale pośród nich zdarzali się także i seryjni mordercy. Jednym z takich przypadków jest zbrodnicza działalność meksykańskich sióstr – Marii i Delfiny De Jesus Gonzales. Te dwie zaradne panie prowadziły wspólnie dom publiczny, do którego rekrutowały obsługę nie tylko za obopólną zgodą, ale i podstępnie zwabiając dziewczyny, odurzając je narkotykami i zmuszając do prostytucji. Prostytutki, które traciły powodzenie wśród klientów, były mordowane. Podobny los spotkał także niektórych klientów pań Gonzales, które zapewne pozbawiły ich życia w celach rabunkowych. W każdym razie policja wykryła w piwnicach domu publicznego szczątki 11 mężczyzn, 80 kobiet i kilku płodów. Siostry oskarżono o 91 morderstw (!) i skazano każdą z nich na 40 lat więzienia.

W historii kryminalistyki napisali także polski rozdział bracia – mordercy. W latach 60. za udział w seryjnych morderstwach skazano na śmierć Zdzisława Marchwickiego i jego brata Jana, a ostatnie lata przyniosły głośne potrójne zabójstwo we Franciszkowie, którego sprawcami byli bracia Arkadiusz i Ernest F. Zamordowali oni z wyjątkowym okrucieństwem swojego 29-letniego sąsiada i jego dwie kilkuletnie córki. Morderstwo miało na celu pozbycie się świadków, bowiem motywem napadu była kradzież samochodu oraz sprzętu AGD na łączną wartość 7,6 tys. złotych. Obaj mordercy zostali skazani na dożywocie.

Anna Drzewiecka

< 1 2

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]