Chłopiec jest zadbany, dobrze odżywiony. Ma modną fryzurę i nosi drogie ciuchy z kolekcji renomowanych sportowych firm. Marszczy brwi, robi groźne miny, żeby dodać sobie powagi. Choć twarz ma po dziecięcemu zaokrągloną, delikatny meszek zamiast zarostu, to najwyraźniej chce uchodzić za dorosłego. Czternastolatek jest doskonale znany lubelskiej policji i kuratorom sądowym. Ma na koncie napady na przechodniów, kradzieże i pobicia. Tylko ze względu na młody wiek nie siedział jeszcze za kratami.

Sobota, 16 lipca 2016. Zgodnie z prognozami, pogoda w weekend zaczęła się poprawiać. Marcin O. spał do południa. Miał przecież wakacje. Wstał dopiero, gdy matka powiedziała, że obiad stoi na stole. Nakrycia były dwa.

A gdzie Wiktor? – spytał przy jedzeniu o sublokatora. 26-letni Wiktor K. pochodził z Ukrainy. Do Polski przyjechał kilka lat temu. Od niedawna wynajmował stancję w mieszkaniu Grażyny O., matki Marcina. Odpowiedziała, że poszedł do pracy. Wiktor K. pracował w zakładzie stolarskim w Lublinie.

Do pracy? W sobotę? – zdziwił się 14-latek.

Matka wzruszyła ramionami. Chłopak odsunął pusty talerz i sięgnął po smartfona. Próbował do kogoś zadzwonić. Wysłał SMS-a. Potem oznajmił, że wychodzi spotkać się z kolegami.

Kiedy wrócisz? – spytała matka.

A bo ja wiem? Pewnie pod wieczór…

Tylko nie zrób nic głupiego… – Słowa syna, a zwłaszcza jego lekko znudzony ton, wywołały w umyśle jego matki przykre wspomnienia.

Telefony z policji, nocne wizyty na komisariacie i rozmowy z kuratorami, nauczycielami, pedagogami, w czasie których co chwilę powracało dręczące pytanie: gdzie i kiedy popełniłam błąd?

Słyszysz, Marcin? Wróć jak trzeba

Bo co mi zrobisz?! – Chłopak wykonał krok w stronę matki i spojrzał na nią nieustępliwym wzrokiem. Grażyna O. zastanawiała się, czy już ma drżeć w obawie, że syn zrobi jej krzywdę, czy tylko próbuje ja nastraszyć…

 

***

Był z niego taki słodziak, gdy miał kilka lat. Tulił się do niej, uroczo się uśmiechał, a ona w takich chwilach myślała, że zrobiłaby dla syna wszystko. Wszystkiego jednak zrobić nie była w stanie. Nie mogła dać mu tatusia. Coraz częściej o niego pytał, a jej z coraz większym trudem przechodziły przez gardło kłamstwa typu „Tata jest za granicą i długo nie wróci do kraju”.

Chyba sam Marcin przestawał w to wierzyć, podobnie jak nie wierzył już w świętego Mikołaja. Z tego powodu smucił się. Gdy był mały, zalewał się łzami, gdy podrósł, zaczął się buntować. Czasem zniszczył jakiemuś dziecku zabawkę, a to zwyzywał sąsiadkę, która zwróciła mu uwagę, żeby nie rzucał śmieci na chodnik. Matka cierpiała razem z nim. Czasami i ona się buntowała. Chwytała za telefon i dzwoniła do Grzegorza, przypominając mu, że ma syna. – No przecież płacę na niego alimenty. Czego jeszcze ode mnie chcesz? – unosił się były partner, który gdy tylko dowiedział się, że zostanie ojcem, spakował manatki i odszedł w siną dal…

Tatuś był więc poza zasięgiem. Grażyna starała się wynagrodzić synowi ten bolesny brak. Rozpieszczała go do granic przyzwoitości. Najdroższe zabawki, komputer, konsola do gry, szpanerskie ciuchy i telefony. Jeść byle czego też mu nie dawała.

Chuda pensyjka ekspedientki nie wystarczała na zaspokojenie zachcianek chłopaka. Ryzykując niczym pokerzysta z parą dziewiątek, brała pożyczki, nie zastanawiając się, z czego je spłaci. Raz w sytuacji kryzysowej gotowa była nawet sprzedać przez internet nerkę, żeby pozbyć się długów…

Potem, gdy syn sprawiał coraz większe problemy wychowawcze, zawsze stawała za nim murem. Broniła go jak lwica, gdy pobił w szkole kolegę. Gdy włamał się do czyjegoś samochodu, chcąc ukraść radio. Gdy pijanego w sztok zatrzymano w pogotowiu opiekuńczym. Prosiła, błagała. Czy mogła postępować inaczej? Marcin był jej dzieckiem. Kiedy jednak widziała ten twardy błysk w jego oczach i słyszała ten ostry, arogancki ton głosu, czasami zastanawiała się, czy warto było się tak poświęcać.

 

***

Było już ciemno. Wypatrzyli go, stojąc na przystanku. Facet wysiadł z autobusu. Szedł, nie patrząc za siebie. W średnim wieku, chudy, niewysoki, lekko przygarbiony. Bułka z masłem – stwierdzili. Działali metodycznie, z pewną rutyną, charakterystyczną dla kogoś, kto robi to nie pierwszy raz.

 

Dogonili go po kilkunastu krokach. Upewniwszy się, że ulica jest pusta. Dawid zagadnął go o papierosa. – Nie palę – odpowiedział mężczyzna. Marcin uderzył go pięścią w twarz. Dawid poprawił. I jeszcze raz Marcin. Gość osunął się na chodnik. Był słaby jak niemowlę. Wyciągnęli mu z kieszeni portfel i telefon. Stara komórka okazała się kompletnym badziewiem. Nadawała się jedynie do tego, żeby wstawić ją do lombardu za maksimum 30 zł. W portfelu znaleźli parę monet o niskich nominałach. Natomiast w drugiej przegródce znajdowała się karta płatnicza.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze