Drugi milioner

Ujawnienie mężczyzny, którego portret uplasował się na pozycji piątej, wprawiło śledczych w niemałe zdumienie… i to z dwóch powodów. Scott Hopkins, w porównaniu z czterema poprzednimi podejrzanymi, był mężczyzną piętnaście lat od Janet starszym i – po jej szefie – już drugim milionerem w jej życiu.

Kolejnym powodem niemałego zdumienia było ustalenie prostej prawdy: ta niepozorna i średnio atrakcyjna dziewczyna przyciągała mężczyzn jak magnes. I jakoś mieściła ich w swoim wolnym od pracy czasie, z powodzeniem ukrywając ich przed wścibskim Scottem, który o istnieniu szeregu kochanków jeszcze nierozwiedzionej z nim żony nie miał najmniejszego pojęcia. Gdyby miał, miasteczko Monaca stałoby się zapewne widownią męskich porachunków.

Scott Hopkins był właścicielem największej w tej części Pensylwanii kompanii budowlanej. Wiecznie zajęty, przelatujący przez okolicę jak wiatr najnowszym modelem Porsche’a, przygotowujący się do drugiego w swym życiu ślubu, z kilkorgiem dzieci z poprzedniego małżeństwa, znajdował jeszcze czas dla Janet Walsh. Umieścił ją w swym ciasnym porządku doby obok jeszcze jednej dziewczyny, o której jego oficjalna narzeczona dowiedziała się dopiero w śledztwie. Odwiedzał Janet regularnie od dnia, gdy wprowadziła się do wynajętego mieszkania, nie zdając sobie sprawy, że młoda kobieta ma jeszcze co najmniej jednego stałego kochanka.

Wszyscy razem tworzyli niesamowity galimatias erotyczny, który mógł trwać długo w ciepłych wspomnieniach jego uczestników, gdyby nie zabójstwo Janet Walsh.

Wezwany na przesłuchanie milioner długo nie wierzył, że jego związek intymny z Janet tak łatwo i szybko wyszedł na jaw. Martwiło go to bardziej, niż jej śmierć. W śledztwie przeszedł przez trzy bolesne dla niego fazy: zaprzeczał, jakoby bywał w jej mieszkaniu; przyznał się do znajomości z Janet, ale tylko „na gruncie przyjacielskim”; wreszcie – płonąc na twarzy jak pochodnia – przyznał się do stosunków seksualnych, „ale zaledwie kilku”.

Śledczy zadali jak najbardziej w tych okolicznościach właściwe pytanie: – Gdzie pan był w nocy z 31 sierpnia na 1 września?

Spędziłem tę noc w sypialni mego domu, z narzeczoną – odpowiedział podejrzany. – Na parterze, na materacach rozłożonych w głównym pokoju, spali moi pracownicy. Spędzili tam noc, by rano przygotować tradycyjne w mojej kompanii przyjęcie dla całej załogi, z okazji Labor Day (Dzień Pracy, pierwszy weekend września – T.W.).

Larry Musgrave, pracownik śpiący na materacu, potwierdził to w zeznaniu: – Szef obudził mnie o pół do szóstej, bo trzeba było wrzucić na ruszt prosięta. Całą noc spędził u siebie w sypialni. Gdyby w nocy wychodził z domu, musiałby przejść przez parter i nas przebudzić, jeśli nie mnie, to moją żonę, która ma wyjątkowo lekki sen.

Dzięki temu zeznaniu Scott Hopkins, podejrzany numer pięć, otrzymał niemal żelazne alibi.

 

Gorący finał

Bieg czasu wyciszył sprawę śmierci młodej kobiety z Monaca, tak bardzo zachłannej na życie. Czy sprawca pozostanie na zawsze bezkarny? Czy jego sumienie znieczuliło się już ostatecznie, czy też nadal obraz zadawania bólu i uśmiercania istoty ludzkiej powracał w jego snach? A może wraz z upływem każdego kolejnego roku żył coraz bardziej beztrosko,  w coraz większym komforcie, jaki zapewne przynosi świadomość przewagi nad bezradnością śledczych?

Jesienią  2011 roku wybuchła sensacja. Niemałe poruszenie w Monaca i hrabstwie Beaver wywołały doniesienia lokalnych gazet i stacji telewizyjnych o niespodziewanym zwrocie w sprawie śmierci Janet Walsh.

Zaczęło się od wrześniowego dnia, gdy detektywi z grupy specjalnej, badającej stare, niewyjaśnione przypadki zbrodni, dotarli wreszcie do sprawy Janet Walsh. Musieli otworzyć pudło ze wszystkim, co znajdowało się na łóżku denatki. Od razu zwrócili uwagę na  charakterystyczne białe plamy na jej niebieskim szlafroku. Widziano je również już kilkanaście godzin po jej zgonie, ale wówczas ślady spermy nie mogły być podstawą do ustalenia tożsamości sprawcy zbrodni. Obecnie, po trzech dekadach, rozwój techniki DNA dawał nadzieję, że będzie to możliwe.

Detektywi nie posiadali się więc z radości, gdy z laboratorium otrzymali wyjątkowo dokładny profil właściciela spermy. Od razu rozpoczęło się typowanie podejrzanych do tego profilu, a tym samym zdejmowanie ze ściany portretów tych, których DNA całkowicie wykluczyło jako sprawców tragedii Janet.

Jako pierwsi ze ściany spadli Scott Walsh i Ron Ciccozzi. Nie mieli żadnych oporów, aby przekazać śledczym wymaz z ust, dzięki czemu dołączyli do grona ludzi nieskazitelnie czystych, poza wszelkim podejrzeniem.

 

Wiele problemów nastręczył były hipis Robert McGreen, i to nie tylko dlatego, że po upływie lat był już zupełnie innym człowiekiem niż w czasach, kiedy włóczył się po Ameryce. Były tancerz z dyskoteki w małym pensylwańskim miasteczku, a zarazem były „wędrowny hipis”, jak to wówczas określała go tamtejsza policja, nie zmarnował życia. Po latach okazał się właścicielem dochodowej firmy sprzątającej biura, z okazałym domem na przedmieściach Bostonu, żoną – tak jak on – w podeszłym wieku, z kilkorgiem dzieci i garstką wnucząt. Wysoki, szczupły, na twarzy mocno pomarszczony, wyłysiały, ale z pękiem długich siwych włosów zawiązanych na szyi w koński ogon, przywitał młodych detektywów z Pensylwanii szerokim uśmiechem nowych białych zębów, ale stanowczo odmówił powracania do starych spraw.

< 1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]