Była coraz bardziej zdeterminowana. Na początku 2003 roku nie ukrywała już swoich zbrodniczych zamiarów, zwierzając się z nich mieszkającej w sąsiedniej wsi córce oraz jednej z koleżanek. Obie ze zrozumieniem wysłuchały żalów krzywdzonej niewiasty, choć nie brały na poważnie jej zabójczych planów.

Rozmowie z córką Elżbietą przysłuchiwał się jej niedawny partner Paweł K., któremu w pewnym momencie pani Zofia zaproponowała: – Jak zabijesz mojego chłopa, dostaniesz 1000 złotych. 25-letni mężczyzna nie miał stałej pracy i grosza przy duszy. Lubił wypić, więc propozycja zarobienia „tysiaka” wydała mu się nad wyraz kusząca. Pomyślał chwilę i odparł: – Czemu nie?

Niebawem odwiedził swego kumpla Marcina B., równolatka z tej samej wsi, który też nie widział przeszkód, by podjąć się takiego zlecenia. Wspólnie ustalili, że zadanie wykonają 3 lutego.

Zabrakło im odwagi, żeby na trzeźwo odwiedzić dom państwa D. Napili się więc, ale po alkoholu nie byli w stanie zrealizować planu. Umówili się na następny dzień. Do południa znowu pili wino, wychylili też po kilka piw, ale już wieczorem byli na tyle sprawni, żeby definitywnie załatwić sprawę.

Ruszyli pieszo drogą do Prejłowa i po kilku kilometrach doszli do gospodarstwa państwa D. Dom był zamknięty, więc Paweł kopnięciem wyłamał deskę w drzwiach, które otworzył od środka. Weszli do sieni. Hałas obudził gospodarza, który wyszedł z sypialni. Kiedy stanął twarzą w twarz z napastnikami, ci od razu doskoczyli do niego. Zaczęli go tłuc rękami, a gdy się przewrócił na posadzkę, brutalnie go kopali. Marcin B. walił leżącego w głowę metalową rurką, która leżała w sieni. Stanisław D. bronił się krótko, bo nie był typem Herkulesa. Bandyci nie przestali jednak zadawać mu kolejnych ciosów, nawet gdy leżał nieprzytomny i zakrwawiony na podłodze…

 

Ślady na śniegu

Jeden z napastników nadal okładał ofiarę rurką. W tym czasie jego kompan wszedł do kuchni, gdzie pani Zofia wręczyła mu obiecane 1000 złotych. Przy okazji poprosiła go, aby wyciągnęli męża na podwórko, ale Paweł K. tylko wzruszył ramionami, wsadził pieniądze do kieszeni i wyszedł z mieszkania. W drodze powrotnej podzielił się gotówką z kumplem. Gdy doszli do domu, w którym Paweł wynajmował pokój, zakrwawione ubrania wrzucili do miski z wodą, a buty wsadzili do pieca.

Tymczasem pani Zofia, po odczekaniu kilkudziesięciu minut, pobiegła do wsi, aby zadzwonić od znajomej na policję. Niecałe pół godziny przed północą powiadomiła dyżurnego komendy o napadzie na jej dom i pobiciu męża. Pytana, czy widziała sprawców, opowiedziała o dwóch nieznanych mężczyznach, których dojrzała przez okno, gdy odchodzili w ciemność.

Wkrótce w jej domu pojawili się policjanci, a wezwany przez nich lekarz stwierdził zgon Stanisława D. Po chwili przyjechała ekipa dochodzeniowo-śledcza, która podjęła rutynowe działania. Na śniegu zlokalizowano ślady krwi i odciski protektorów dwóch par obuwia. Funkcjonariusze poszli ich śladem, który w pewnym momencie się urywał, ale trop podjął policyjny pies, doprowadzając śledczych do miejsca pobytu obu sprawców. Obaj, wyczerpani krwawą robotą spali w jednym pokoju. W misce z wodą moczyło się ich ubranie, a w piecu leżały ledwo nadpalone buty. Zabójcy nie mieli szans ucieczki.

W tym czasie na miejscu zbrodni inni funkcjonariusze przesłuchiwali Zofię D. Od początku ich uwagę zwróciło jej dziwne zachowanie. Nie rozpaczała i nie płakała, nie wydawała się specjalnie poruszona tragicznym zdarzeniem. Na dodatek plątała się w zeznaniach. Raz mówiła o dwóch mężczyznach odchodzących z podwórka, innym razem o odjeżdżających samochodem. Twierdziła, że obudził ją hałas dochodzący z sieni, i że po ujrzeniu napastników, wycofała się do kuchni, by się przed nimi schować. Za chwilę z kolei mówiła, że wyszła na korytarz dopiero w momencie, kiedy ucichły odgłosy walki.

Jakby relacjonowała film – skonstatował jeden z policjantów. Te sprzeczności jasno dowodziły, że kobieta kłamie. W końcu przyciśnięta, przyznała się do winy. Gdyby nawet szła w zaparte, dostatecznie obciążały ją wyjaśnienia sprawców, którzy opowiedzieli o zleceniu na zabicie Stanisława D.

 

Powrót do domu

Kobieta pozbyła się złego męża, ale musiała za to odpokutować. Sąd w Olsztynie skazał ją na 10 lat pozbawienia wolności, w tym także za namawianie pasierba i innego mężczyzny do pobicia małżonka.

Natomiast obaj wykonawcy zleconego przez nią zabójstwa dostali po 25 lat więzienia, a dodatkowo po 10 lat pozbawienia praw publicznych. Sąd podkreślił, że Paweł K. i Marcin B. działali z niskich pobudek i chęci zysku, a jeśli dla tych korzyści poświęca się życie ludzkie – jest to działanie zasługujące na szczególne potępienie.

Od tamtych krwawych wydarzeń minęło kilkanaście lat i Zofia D. już dawno wróciła do domu. Mieszkańcy wsi przyjęli ją z mieszanymi uczuciami. Jedni solidaryzowali się z nieszczęsną kobietą, popchniętą przez uciążliwego męża do przestępstwa, inni mieli jej za złe, że wybrała samosąd i pozbawiła życia schorowanego człowieka. Ona sama uznała, że poniosła już karę za grzechy i dlatego z czystym sumieniem może chodzić do kościoła. Na nabożeństwa wybiera się pod rękę z nowym mężem, którego poślubiła po wyjściu z więzienia.

Maciej Piast

< 1 2

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]